Category: Jak park dziś wygląda?


Czytam komentarze pojawiające się pod rozmową na temat przyszłości parku,  którą zaproponował redaktor Dziennika Wschodniego  pan Paweł Buczkowski, zainteresowany moim punktem widzenia przedstawionym w „Ponurej wyliczance…” . Czytam i nie mogę momentami wyjść z podziwu, co potrafią niektórzy ludzie pisać, gdy mogą to zrobić anonimowo, więc bez publicznej kompromitacji własnej osoby.

http://www.dziennikwschodni.pl/pulawy/pulawy-zamknijmy-park-czartoryskich-ale-przed-wandalami,n,1000194893.html

Brak elementarnej wiedzy na temat faktycznego stanu prawnego zespołu pałacowo-parkowego, czy celowe przekłamywanie, niecne insynuacje – wszystko to w gruncie rzeczy było do przewidzenia, podobne bowiem głosy, zbierała w swoim czasie facebook’owa strona  – „Park Czartoryskich dla każdego” .

W tej sytuacji, może zacznę od przypomnienia paru faktów, które warto sobie przyswoić.  IUNG-PIB w Puławach jest właścicielem – tj. posiada notarialny akt własności na wszystkie budynki i zabytki ruchome na terenie zespołu pałacowo –parkowego, z wyjątkiem Domku Greckiego, kładki nad Głęboką, Pałacu Marynki  oraz kościoła z dzwonnicą.  Sam teren parku, jest własnością Skarbu Państwa, do którego na zasadzie użytkowania wieczystego ma prawo IUNG. Ustawa o ochronie zabytków, jasno mówi, że podział takiego zespołu na działki z różnymi właścicielami jest zagrożeniem dla integralności zabytkowego założenia, w praktyce więc, wnioski o taki podział są odrzucane, nawet gdy stoją za tym wnioskiem rzeczowe argumenty. Czemu kościół należy do parafii, nie muszę chyba tłumaczyć, Pałac Marynki był i jest siedzibą Zakładu Pszczelnictwa, który po restrukturyzacji puławskiego instytutu znalazł się pod zarządem Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach, stąd inny właściciel. „Miasto”  przeprowadziło adaptację pozostawionego odcinka historycznej Głębokiej Drogi  i przejęło odpowiedzialność za zabytkową kładkę, po tym, jak ta część historycznego ogrodu została decyzją urzędniczą odcięta od całości poprzez przeprowadzenie wykopu dla nowej ulicy Głębokiej. Pozostała po zrujnowanej oranżerii część Domku Greckiego została jak wiemy,  zaadaptowana przez „Miasto”  na cele biblioteczne.

Trudne czasy transformacji ustrojowej w Polsce  dotknęły,  jak wszystkich, instytut rolniczy. W IUNG też musiano zwolnić mnóstwo ludzi, a w pierwszej kolejności zredukowano te etaty, które nie były stricte  związane z nauką. Radykalnie zmniejszyła się ilość pracowników bezpośrednio odpowiedzialnych  za utrzymywanie zieleni parkowej. W tym ludzi odpowiedzialnych za zamykanie po zmierzchu wszystkich bram i patrolujących z psami, w nocy, teren parku. Pozbyto się wtedy też koni, niezbędnych  z punktu widzenia przepisowej pielęgnacji drzewostanu w historycznym ogrodzie. To nie była nieistotna dla utrzymania parku decyzja. Przepisy mówią, że w takim miejscu nie wolno korzystać z  ciężkiego mechanicznego sprzętu, którego koła tworzą koleiny i ugniatają ziemię. Do usuwania powalonych drzew, czy wyciągania karp potrzebna jest siła przewyższająca ludzkie możliwości i dobra praktyka ogrodnicza jak i właśnie stosowne przepisy mówią, że w takich sytuacjach dozwolone jest korzystanie  tylko  z pomocy koni.  I w taki  właśnie sposób do dzisiaj  postępuje się w historycznych ogrodach  Europy Zachodniej. Gdy  na początku wieku,  po katastrofalnej wichurze,  nad Łachą  było dużo powalonych drzew, nikt nie próbował nawet upierać się na tym, jak to zgodnie ze sztuką trzeba zrobić, mimo,  że w zaleceniach konserwatorskich pojawił się stosowny akapit,  zignorowany niestety,  z opłakanymi dla parku skutkami.  Do akcji usuwania potężnych pni  zaangażowano dźwigi, które  rozwiązały problem wywiezienia wiatrołomów, ale zrujnowały zupełnie ziemne ścieżki wzdłuż Łachy, bo nie oglądano się na to, że wilgotna gleba, o takiej strukturze jaką tam mamy,  jest jak plastyczna glina – odkształcona pod ogromnym ciężarem samochodów, które wywiozły pnie drzew,  po wyschnięciu stwardniała w takiej bezładnej postaci, cała w koleinach, stwarzając idealne warunki do powstawania kałuż  i mało komfortowego dla spacerujących ” błocka”.  Niby nie na temat, ale daje to wyobrażenie o tym, jakie potrzeby pociąga za sobą prawidłowa pielęgnacja historycznego ogrodu i przed jakimi wyzwaniami staną ci, którzy chcieliby działać zgodnie ze sztuką i przepisami.

A wracając do meritum – IUNG w walce o przetrwanie, przez kolejne lata  pogłębiających się kłopotów finansowych, bilansuje swój budżet, stopniowo wyprzedając swój niegdyś wielki majątek. Dopiero w  ostatnich latach, produkcja rolna przynosi istotne zyski z dotacji unijnych i gdyby ziemi tej było tyle co niegdyś, można by prawdopodobnie,  z kontrybucji z poszczególnych zakładów doświadczalnych, mieć fundusze na utrzymanie historycznego ogrodu.   W ubiegłym roku pieniądze pozyskane w ten sposób IUNG przeznaczył na sfinalizowanie rozliczeń z firmą budowlaną, która przeprowadziła prace na dziedzińcu przednim. To oczywiste, że nieodwracalnie kończą się czasy, gdy instytut będzie stać na luksus bycia bezinteresownym patronem zespołu pałacowo-parkowego. tym bardziej, że społeczne oczekiwania są coraz większe. Najwyższa pora by myśleć o jakiejś nowej formule, która zapewni nie tylko przetrwanie obiektu, ale też przywrócenie i trwałe utrzymanie jego świetności. Nie chcę, znowu robić za Kasandrę, ale może tak być, że park  już definitywnie ma za sobą swoje „lepsze czasy” i prawdziwe kłopoty dopiero nadejdą.   Dobrze byłoby, gdyby udało nam się teraz,  póki większość trudnych do utrzymania obiektów jest w dobrym stanie , (co w przypadku zabytkowych budowli,  w naszym klimacie, nie trwa przesadnie długo) znaleźć dobre rozwiązanie.  Dobrze by było, gdyby ta „forma” potrwała jak najdłużej, bo społecznie można park sprzątać, ale remontu konserwatorskiego już raczej się nie przeprowadzi. Dlatego warto zrobić wszystko, by nie pozwolić wandalom zmarnować tego, co już zostało zrobione i z korzyścią dla miasta spożytkować  jak najlepiej ten moment, gdy nie wszystko wymaga ratunku i natychmiastowych gigantycznych funduszy. Należy się uczyć się na cudzych błędach, patrząc chociażby na los Hiszpanii, która roztrwoniła dotacje unijne na utopijne, przeinwestowane projekty,  a obecnie topi w długach  całe społeczeństwo, i  nie iść taką samą drogą.

Z niepokojem patrzę na Pałacyk Marynki, który, jako mniejszy – teoretycznie byłby mniejszym wyzwaniem dla nowego właściciela, ale choć kolejny raz wystawiany na sprzedaż, nie znajduje nabywcy, choć pozornie, wydawałoby się oczywiste, że powinien być wykupiony na własność dla  „miasta”. Ten zabytek po wyremontowaniu, właściwej iluminacji i ogarnięciu zieleni byłby najlepszą z możliwych reklam całego kompleksu pałacowo-parkowego, który sprowokowałby turystów jadących obok niego  tłumnie do Kazimierza,  do zatrzymania się i przechadzki po parku. I tu dochodzimy,  do zarzuconej koncepcji, „odwrócenia ruchu turystycznego” autorstwa  pierwotnego składu ekipy pracującej nad powołaniem Fundacji Wspierania Historycznego Ogrodu Puławskiego, która zakładała, że strefa parkingowa dla autobusów i samochodów osobowych, powstanie właśnie obok Pałacu Marynki, na placu, który zresztą wg obecnie obowiązującego planu zagospodarowania miasta, przeznaczony jest na cele turystyczne, a który zajmują jakieś składy, szopy etc.  Stamtąd turyści mieli rozpoczynać spacer w kierunku pałacu i po zrobieniu pętli w czasie której „zaliczaliby” kolejne obiekty,  wracaliby do aut i podążali dalej do Kazimierza czy Warszawy. Ten plan miał „ręce i nogi”.   Tu mógłby być  zlokalizowany punkt sprzedaży biletów z mapką z trasą do przejścia, razem  z poborem opłat parkingowych, zapleczem sanitarnym czy sklepik z pamiątkami itp.   Namiastką tego projektu jest parking dla autobusów przy Samotni i kuriozalna lokalizacja publicznych szaletów nieomal vis a vis  Pałacu Marynki. Turyści, w licznych „autobusowych”  grupach zmuszeni są do wędrówki wąziutkim chodnikiem w górę ulicy Głębokiej, co nie jest dla nich ani wygodne, ani bezpieczne i jest czystą stratą czasu i energii,  bo powinni iść już przez historyczny ogród.

Kawa na ławę:

Wbrew sugestiom komentujących „sceptyków” niepotrzebny jest drut kolczasty pod napięciem i inne „śmiałe” pomysły. O finansowaniu utrzymania parku pora zacząć trzeźwo myśleć i nie bać się rozmawiać, jeśli do  znienawidzonych, bo przymusowych „prac społecznych”  nikt nie chce wracać.

Tu  nie ma co „wyważać otwartych drzwi”. Trzeba skorzystać z istniejących i działających na świecie rozwiązań i skompilować z nich taki wariant, który najlepiej się sprawdzi w naszej sytuacji. Na przykład, można by tak to zorganizować, że na każdym oficjalnym wejściu wisiałaby tablica z  informacją o godzinach otwarcia parku uwzględniającą okres , gdy zmierzch zapada wcześniej oraz informacja, że bezpłatny wstęp jest dla okazicieli identyfikatorów, (które byłyby wydrukowaną kartą wstępu, ze zdjęciem i kodem prążkowym przysługującą każdemu mieszkańcowi Puław). Informacja  przy wejściu precyzowałaby, że  tak jak w pociągu – bilet w kasie kosztuje tyle a tyle, lecz może być tez wydany w parku, jednak w odpowiednio wyższej cenie. (Powyższe informacje, wraz z mapką z rozmieszczeniem zabytków i wytyczoną trasą do przejścia musiałyby być opublikowane na stronie internetowej muzeum – aby nikt nie był zaskoczony po przyjeździe i był uprzedzony gdzie może postawić samochód  i co robić dalej. Teraz przecież każdy planujący zwiedzania zaczyna od sprawdzenia takich informacji przed wyjazdem w internecie.)  Do kontrolowania posiadania biletu lub karty upoważnieni byliby pracownicy muzeum, strażnicy i ewentualnie wolontariusze z identyfikatorami, oni też mogliby wypisać w parku taki droższy bilet, dla tych, którzy spacerowaliby bez takowego.  Wprowadzić, nauczyć i egzekwować – kontrolować wyrywkowo spacerujących po parku, niestosujących się do reguł gry, próbujących się wycwanić  turystów  „kasować” z tą nieco wyższą kwotą, a miejscowi  nauczą się przychodzić z identyfikatorem do parku by uniknąć tłumaczenia się przed „kontrolerem”. Oczywiście pierwszym krokiem, musi być uszczelnienie ogrodzenia ogrodu. Normalni turyści przecież nie będą się z dziećmi i babciami przedzierać przez płoty czy mury. Wprowadzić i egzekwować regulaminowe  kary, dla tych, którzy znajdą się po zamknięciu ogrodu na terenie parku, nawet, jeśli nie zostali złapani na „gorącym uczynku” niszczenia czegokolwiek, aby oduczyć hulaszczych zachowań.  Na początek, trzeba wyciąć trochę samosiewów by otworzyć zarośnięte „okna widokowe” czyli przywrócić to co najistotniejsze w ogrodzie krajobrazowym, wytyczyć  trasy i o te trasy zadbać w pierwszej kolejności. Tam gdzie trzeba,  wyrównać ziemne alejki, by nie było drastycznie nierównych odcinków, na których potykaliby się spacerujący. Trzeba wykonać takie niezbędne prace, jak odmalowanie  zasmarowanych bazgrołami ścian Bramy Rzymskiej, czy oczyszczenie z napisów ceglanych murów. Gdy park będzie zamknięty i skutecznie kontrolowany, nie będzie w nim tyle co dzisiaj śmieci, zresztą  spacerujący kontroler, może być wyposażony w  chwytak do śmieci i worek, by na bieżąco zbierać po flejtuchach. Teraz, w walce o stypendium, pracę,  młodym zależy by mieć co wpisać w swoje C.V,  a  praca w charakterze wolontariusza jest mile przez pracodawców widziana. Należałoby  więc stworzyć  takie warunki, by móc skorzystać i z takiej pomocy w nadzorowaniu  i utrzymaniu parku. Muszą być też większe ilości  koszy na trasach, aby nie dawać pretekstu do rzucenia śmieci w krzaki, gdy nie będzie kosza. Ławki też oczywiście. Gdy nie będą non stop niszczone, będą służyły dłużej i będą wyglądały lepiej. O resztę Dzikiej Promenady będzie można zadbać trochę później, gdy park zacznie na siebie zarabiać. Jeśli okaże się, że potrafimy wyeliminować nieproszonych gości i kontrolować  zachowanie tych, którzy są w ogrodzie, można przejść do kolejnego etapu,   tworzenia punktów z zielenią ozdobną  w miejscach, w których docelowo powinny stanąć elementy małej architektury obecnie pochowane przed wandalami. Jeśli zieleń będzie rosła bez „przygód”, to znaczy nikt nie będzie jej niszczył ani rozkradał,  można zaryzykować i rozpocząć proces relokacji  elementów  małej architektury w miejsca, skąd zostały zabrane,  by uchronić je przed chuliganami. Rozpocząć ten proces, należy  od tych  zabytków, które potencjalnie najmniej będą zagrożone aktem wandalizmu, z od razu instalowaną, ukrytą, przenośną kamerą, Gdyby system już działał i nie było żadnych incydentów świadczących o grożącym ruchomemu zabytkowi niebezpieczeństwie, stopniowo przywracać ogrodowi kolejne elementy. Jeśli nie, to zakładając zarejestrowanie przestępstwa nagłośnić sprawę, jeśli udałoby się sprawcę schwytać na gorącym uczynku i tak do skutku, do wyeliminowania takich incydentów.

Sposobów finansowania utrzymania parku trzeba szukać na wszelkie sposoby. Kiedyś IUNG, wykonywał własnymi środkami jakieś prace, remonty, później zwracał się o refundację do instytucji zajmujących się opieką nad zabytkami i z reguły dostawał te kwoty, o które wnioskował. Ostatnie lata to pozyskane granty z UE. Jeśli przyjdzie się zmierzyć z samodzielnym finansowaniem to musimy być na to jak najlepiej przygotowani i dobrze byłoby, żebyśmy nie musieli znowu zaczynać od zera,  jak wtedy gdy podpalono Domek Aleksandryjski. Trzeba pamiętać, że podatnicy,  w ciągu kilkunastu lat, dwa razy zapłacili za nowy dach do tego pawilonu. Dlatego tak ważne jest skuteczne wyeliminowanie wpływu wandali na utrzymanie zabytkowego ogrodu. A im więcej pieniędzy będzie do dyspozycji tym więcej dla parku będzie można zrobić, więc docelowo to właśnie mieszkańcy Puław skorzystają na tym najwięcej, gdy będą mieć do dyspozycji zadbany obiekt.

Na koniec, trochę „prywaty”.

Dla uspokojenia zirytowanych moimi propozycjami,  spieszę zapewnić, że to moje prywatne przemyślenia, za które ani IUNG, ani tym bardziej nikt inny mi nie płaci. 🙂 ani nikt mnie do ich przedstawiania nie nakłania, (wręcz przeciwnie nawet …) a jedyne co mną powoduje, to autentyczna troska i chęć zahamowania procesu niekończącej się degradacji  puławskiego parku. Taki zarzut padł, w anonimowych komentarzach w Dzienniku.  Zgodnie zresztą z moimi oczekiwaniami, komentarze w różnych miejscach umieszczane są różne. Jedne rozsądne, drugie mniej, inne zupełnie „od czapy” . Wiem, że niektórym cięzko będzie zrozumieć,  że  można „myśleć i pracować po godzinach” w dodatku za darmo, dla idei. Przyznam, że  przykro mi, gdy czytam zarzuty, że uzurpuję sobie prawa do poruszania  sprawy historycznego ogrodu.  Powinna to robić głośno i wydajnie Fundacja, ale nie mogę się jakoś tego doczekać.  Z mocy stosownych ustaw, właściciel obiektu zabytkowego jest zobowiązany do upowszechniania wiedzy na temat zabytku,  co IUNG przez lata realizował m. in. za pomocą logo z Sybillą, które prowokowało do pytań o jego znaczenie, na całym świecie. Ponieważ zauważam niski poziom wiedzy na temat puławskiego ogrodu krajobrazowego, nawet wśród naukowców z IUNG, nawet wśród tych, którzy z obowiązku, ze względu na podejmowane decyzje powinni posiadać elementarną wiedzę na temat stosownych praw i wymogów historycznego ogrodu krajobrazowego,   całodobowo poszukuję sposobu  jak zainteresować tym tematem lokalną społeczność, upowszechnić wiedzę na ten temat i wyjaśnić komu i co  można,  czego nie powinno się oczekiwać w zabytkowym założeniu ogrodowym i w którym kierunku powinny iść zmiany. Posty na  założonej i prowadzonej przez mnie facebook’owej stronie „Park w Puławach”  docierają  czasami nawet do  20 tysięcy osób, strona ta ma  ponad 2400 fanów , choć tylko ponad 700 osób jest z Puław; to reszta rekrutuje się aż z 42 (sic!) krajów świata. Nie wiem,  czy udałaby mi się ta sztuka, gdybym patrzyła,  ile mi  płacą, bo nijak się ma moja pensja do mojego zaangażowania w sprawę parku.  By zarejestrować FWHOP też nie pytałam, czy ktoś zwróci mi poniesione na  zorganizowanie wielu spotkań  prywatne koszty. Od kilku lat, społecznie pracuję na rzecz parku, a efekty mojej pracy „po godzinach pracy w IUNG” i pracy  przyciągniętych do parku innych wolontariuszy,  widać w Dolnym Ogrodzie i da się już przeliczyć na tysiące złotych. Faktem jest również to, że poza czasem spędzonym w  pracy, o tym jak rozwiązać problem rewitalizacji ogrodu Księżnej Izabeli myślę nieustannie. Czasem  przypominam sobie słowa Friedrich’a Oetinge’a: „Panie, daj mi siłę, abym zmieniła to, co zmienić mogę; daj mi cierpliwość, abym zniosła to, czego zmienić nie mogę i daj mi mądrość, abym odróżniała jedno od drugiego.”  Cierpliwości niestety mi brakuje; a i tak czekałam prawie 20 lat. Mam jeszcze nadzieję, że nie pomyliłam się, co do oceny sytuacji, bo parkowe problemy  okradają mnie i moją rodzinę z czasu, który zamiast im, parkowi poświęcam, zubażają mój portfel i rujnują zdrowie i jeśli nic dobrego ta moja „krucjata” nie przyniesie,  to znaczy, że zmarnowałam  dużo.

Wiem jedno; IUNG jako właściciel obiektów, zrobił co mógł w  sprawie utrzymania zabytków w osadzie pałacowo-parkowej, ale wobec wymuszonego całodobowego otwarcia ogrodu  nie jest w stanie spełnić niczyich oczekiwań jeśli chodzi o estetykę parku. Przekonałam dyrekcję IUNG, by wystąpić z pisemną, oficjalną prośbą do Rady Miasta Puławy i (podobno) nie pomyliłam się co do przewidywań, że radnym musi  zależeć na polepszeniu sytuacji w parku. Radny Kwapiński i Maj zadeklarowali przecież publicznie, że realne jest pierwsze od wielu lat finansowe wsparcie ze strony Miasta,   więc nadzieja na realną współpracę dla dobra parku,  nie jest być może płonna.

Tak dla pamięci, dodaję tu link do wypowiedzi dyrektora Oleszka na temat sposobu użytkowania parku https://www.youtube.com/watch?v=Jz1j14tANiA

 

 

 

Reklamy

Ponad 900 osób przeczytało moją „Ponurą wyliczankę…”  Liczyłam na to, że problemem zainteresują się szerzej w Puławach, dlatego zasadniczo dobrze się stało, że temat podjęła redaktorka z pisemka „24Wspólnota.pl”  Nie jestem pewna jednak, czy „niedźwiedziej przysługi” sprawie ochrony zabytków i rewitalizacji parku nie wyświadczyła pani Justyna Popiołek-Osińska, autorka opartego na mojej wyliczance artykułu z celowo podnoszącym ciśnienie czytelników tytułem „Do parku tylko z biletem?”

https://24wspolnota.pl/pl/pulawy/wydarzenia/20278/do-parku-tylko-z-biletem.htm

Najważniejszą zmianą w sposobie użytkowania parku proponowaną przeze mnie jest skuteczne ogrodzenie ogrodu i kontrola zachowań spacerujących, poprzez monitorowanie i dozór oraz system rejestracji osób przebywających na terenie parku. Zamykanie po zmierzchu i uniemożliwienie nieuprawnionych wtargnięć na teren ogrodu.

Wg mnie, fakty pokazują dobitnie, że niczego dobrego dla historycznego ogrodu całodobowe otwarcie nie przyniosło. Nikt odpowiedzialny prawnie za zabytki nigdy nie zaryzykuje relokacji w pierwotne położenie ruchomych zabytków, co stanowi istotę rewaloryzacji ogrodu Księżnej Izabeli, bo tym samym czynnie narazi je na zniszczenie, co jest delikatnie mówiąc niefrasobliwością, przekraczającą niegospodarność, do której tak przywykliśmy, że nikt już się nie oburza.  Złodzieje bezkarnie zdemontowali i bez problemu wynieśli z otwartego nocą parku  wszystkie miedziane rury spustowe, gdy IUNG ogromnym wysiłkiem finansowym remontował  cały dach pałacu i zdobył miedzianą blachę na jego pokrycie i orynnowanie. Podejmowane  próby sukcesywnych nasadzeń roślin ozdobnych na terenie innym, niż intensywnie nadzorowany dziedziniec honorowy, prawie w 100 % kończyły się fiaskiem, bo rośliny również zostały rozkradzione. Jest tylko i wyłącznie  kwestią czasu, kiedy mury odnowionych za ciężkie pieniądze zabytków będą wyglądać  znowu tak, jak mur zewnętrzny tarasów przy Domku Greckim i jak wyglądały przed remontem.

Najważniejsze zatem  zadane pytanie,  nie powinno dotyczyć tego,  czy ktokolwiek, kiedykolwiek zechce płacić za to, że wnętrze ogrodu będzie sukcesywnie porządkowane, wzbogacane o nowe rośliny ozdobne i że docelowo będzie pełne atrakcyjnych elementów małej architektury rozlokowanych zgodnie z intencją twórców ogrodu. Tylko, czy godzimy się na to, że będzie tylko gorzej niż dzisiaj?  Bo to pewne jak w banku, że wolniej lub szybciej wrócimy do stanu sprzed wydanych już na renowację milionów, a drugi raz na to samo nie dostaniemy pieniędzy z Unii.  Jednym słowem, czy podobało nam się jak wszystkie zabytki były zniszczone przez wandali i czy chcemy obserwować jak wandale dewastują znowu to miejsce?   W tym momencie, jakiekolwiek pretensje,  że jest i będzie tylko gorzej, a nie lepiej,  skierujmy do siebie, nie do odpowiedzialnych za zabytkowy ogród, którzy skazując inwestycje na krótkotrwałość, narażają się na zarzut niegospodarności. Każdy podmiot państwowy, dysponujący prawem do tego obiektu, nawet jeśli nie byłby to instytut naukowy, tylko  bezpośrednio Miasto, byłby odpowiedzialny przed podatnikami za świadome wyrzucanie pieniędzy w błoto.

Dziękuję dziennikarce Wspólnoty, za zainteresowanie tematem losu zabytków w historycznym ogrodzie, bo zawsze jest nadzieja, że przy tej okazji szersze gremium zechce dotrzeć do mojej „wyliczanki”  by poznać całe spektrum problemu,  a nie jedynie jego wycinek. Przyznam, że choć spodziewałam się podniesienia, zawsze bulwersującego opinię publiczną tematu ewentualnych opłat,  nie sądziłam, że może ten aspekt  trafić na tytuł, jakby rzeczywiście był meritum problemu, choć rozumiem, że kierując się nie tyle dobrem sprawy i chęcią  wdrożenia zmian, które  mogą  odmienić los parku,  ile poczytnością wydawnictwa, zdecydowano się na taki ruch.  Mało tego, autorka dodaje podtytuł,  który kompromituje pewien sposób myślenia „To nie żart, to pomysł, który powraca”.

Co do ankiety, którą zaproponowała 24Wspólnota.pl to przyznam, że przydałaby się inna formuła i inne pytanie podstawowe, bo ja nie pisałam o konieczności opłat dla mieszkańców Puław, lecz o konieczności zamykania i kontrolowania dostępu. Jeśli ktoś zna lepszy, skuteczniejszy,  trwalszy i tańszy sposób to proszę, śmiało objawić go światu!  Oby inni się mogli w przyszłości od nas uczyć- jeśli będzie się można pochwalić lepszym rezultatem! Bo od tego, czy rozwiążemy problem ciągłych aktów wandalizmu,  zależy przyszłość tego miejsca, obecna sytuacja jest zaś gwarancją, że zmian na lepsze nie będzie.

Ankieta z pytaniem, „Czy jesteś za „kontrolowaniem dostępu” poprzez uniemożliwienie wejścia do parku po zmierzchu?” złożona z kilku pytań wstępnych, weryfikujących, czy dany głos, brać w ogóle pod uwagę przydałaby się chociażby do oceny skuteczności programów edukacyjnych i  promujących znaczenie Puław w historii Polski. Jednak do zweryfikowania, czy wypowiada się ignorant, czy osoba, której zdanie  powinno być brane pod uwagę,  ankieta taka musiałaby być  poprzedzona minimum dwoma pytaniami. Po pierwsze poprosiłabym o wymienienie minimum 3 zabytków ruchomych i ich pierwotnej lokalizacji w naszym parku, po drugie, poprosiłabym o wymienienie nazwisk minimum trzech postaci historycznych o innym nazwisku niż Czartoryscy związanych z Puławami i jako kto weszli do historii Polski. Tak sobie wyobrażam absolutne minimum poziomu wiedzy adwersarzy. Może jeszcze jedno; Jaka jest najważniejsza cecha ogrodów angielskich?

I na koniec,  kwestia odpowiedzi na  najważniejsze wg autorki tekstu pytanie, kierujące dyskusję o przyszłości parku na manowce. „Czy wstęp do parku powinien być płatny?”

Na  tak postawione pytanie, spodziewać się należy odpowiedzi negatywnej od  kilku rodzajów obywateli . Od typowego „Kiepskiego”, czy amatora „Mamrota” na świeżym powietrzu, który bez namysłu kliknie „nie”, bo nie chce,  by ominął go  luksus popijania w byłym książęcym ogrodzie,  ale i od każdego nieświadomego tego, czego  tym sposobem nigdy się nie doczeka w tym ogrodzie,  i od naiwnych i całkowicie obojętnych na historię i piękno ignorantów, amatorów tandetnych gratisów.  Ci powiedzą: „Nie!”  Krzywa Gausa dotycząca przekroju demograficznego, każdego społeczeństwa,  nie pozostawia w tej materii złudzeń. Tylko, nie miejmy pretensji, że gdy tacy podejmują decyzje, to jest jak jest i tak też będzie!  Jedynie  odpowiedzialni, światli  i doceniający kulturowe dziedzictwo obywatele, esteci i docierający tu ludzie z całego cywilizowanego, zachodniego  świata, z którego wykluczył nas PRL a którzy, bez złudzeń,  pozostają w mniejszości powiedzą: „tak” .

A propos. Czy wstęp na Górę Trzech Krzyży w Kazimierzu Dolnym powinien być płatny?  Czy ktoś zadał  to pytanie mieszkańcom okolicznych gmin? Gdyby je zadał, jak myślicie, jaki procent byłby z odpowiedzią „tak”? Mimo tego od paru lat, trzeba za wdrapanie się na tą górkę płacić. Konkretnie, wspinaczkę mamy „za friko”, można zawsze zawrócić spod szczytu, ale ponieważ tam też idzie się tylko po widok, zwykle mało kto, koniec końców nie wysupła tych paru złotych,  za możliwość rozejrzenia się po krajobrazie. Można dyskutować, czy to dobry pomysł, czy nie, ale ktoś jednak poniósł koszty ucywilizowania sposobu wspinaczki na tę gorkę, przygotowując wygodne dla piechurów schodki.  Ci, co przyjeżdzają po coś innego do Kazimierza i mają inne  priorytety niż podziwianie widoków, wolą za te pieniadze kupić np. jedno wiecej piwo w knajpce– wybiorą się gdzie indziej i tyle.

W Puławach jest tyle, coraz ładniejszych terenów zielonych, calodobowo dostępnych dla mieszkańców, że  trudno  zaakceptować niezbędność otwartego nocą parku.  Jest jedna istotna różnica między tamtymi miejscami, a parkiem i zdaje się że  dla większości gardłujących przeciwko zamykaniu po zmierzchu parku najistotniejsza. W parku ma się pewność, że nie zestresuje się tu nikt pijący alkohol nadchodzącym policjantem, czy strażnikiem,  tylko czy tak powinno być?

Oczekiwania Puławian względem  ogrodu  Księżnej Izabeli  w dużej mierze rozmijają się z jego zdefiniowanym,  krajobrazowym charakterem i tu też leży „spory kamień niezgody”. Po widoki kwietnych kobierców sadzonych pod linijkę wybierajmy się do ogrodów barokowych, francuskich lub parków zdrojowych i miejskich,  nie oczekujmy ich w ogrodzie romantycznym, angielskim. Nie będzie tu tez nigdy, bo nie wyrazi na to zgody konserwator, brukowanych alejek, ani placów zabaw dla dzieci, tego po prostu nie oczekujcie. Pewnie będzie to oburzające dla licznych, ale zgodnie z prawem, nie może prowadzić przez teren parku ścieżka rowerowa. Szok? Tylko dla tych,  którzy  nie rozumieją, że w tego typu historycznym ogrodzie chroni się ziemną nawierzchnię alejki przed koleinami jakie się tworzą podczas jazdy.

Jeśli tylko populiści czy politycy, którzy kierują się wolą większości, bo są zależni od swojego wyborcy,  będą mieli o decydować o losie parku w Puławach,  nie ponosząc jednocześnie żadnej odpowiedzialności za podejmowane decyzje i wydane publiczne pieniądze, to w tym miejscu należy zaprzestać starań o jakąkolwiek rewitalizację. Przegapiony dla parku  został czas rozdawnictwa z unijnych funduszy,  a prywatni sponsorzy, myślący logicznie, pieniędzy tu nie utopią. Jak hojnie wspiera wspólny, otwarty  park bezpośrednio same  społeczeństwo,  można samemu naocznie zweryfikować zerkając do żałośnie pustej transparentnej skrzynki na dobrowolne datki na utrzymanie parku.

Gdy angażowałam się w proces rejestracji fundacji FWHOP, zaniepokoiły mnie skromne kwoty na fundusz założycielski fundacji wyłożone przez najistotniejsze w Puławach instytucje. Pan dr Janusz Nowakowski, osobiście związany silnie z pałacem i Puławami, jako jedyna osoba prywatna,  wpłacił relatywnie dużą sumę,  na fundusz założycielski FWHOP, upatrując w powstaniu fundacji, której głównym zadaniem miało być doprowadzenie do rewaloryzacji i utrzymania ogrodu i zdobycia na te cele środków – realny sposób rozwiązania problemu.  Przez nieomal 20 lat – poza jednym znaczącym datkiem ze strony miasta – partnera, co faktycznie zawdzięczamy programowi partnerskiemu Miasta Puławy z holenderskim Nieuwegein,  nie udało się pozyskać większych darowizn. Ponad połowę brakującej na rewitalizację dziedzińca przedniego kwoty pokryły ze swoich zysków zakłady doświadczalne IUNG, 30 tys. dorzuciły Azoty.  IUNG ma  laur konserwatorski za remont pałacu, odnowione obecnie są kolejne trzy ważne obiekty w zespole pałacowo –parkowym, (plus Kościół i Domek Grecki)  i pozyskaliśmy kopię rzeźby „Tankreda i Kloryndy” którą można było postawić w parku i zaryzykować jej zniszczenie, co się zresztą stało, chociaż stoi w najmniej odludnej części parku.  I obawiam się, że to by było na tyle. Teraz pogódźmy się z tym, co nieuniknione,  jeśli nie życzymy sobie żadnych zmian.  Odnowione dzisiaj zabytki będą znowu pokrywały się liszajami z barwnych bazgrołów, niczego nie posadzimy, bo po co i za czyje pieniądze, pchać amatorom kradzionych roślin ozdobnych „prezenty” w  bezkarne łapy?

Na koniec, chciałam jeszcze zapytać o „jakiej wizytówce miasta” mówimy? O żywej ilustracji powszechnego przekonania, że co państwowe to niczyje, że prawo w Polsce nie działa, że mamy gnuśne społeczeństwo,  nieskuteczną edukację,  nieudolną policję,  co doprowadza do tego, że można być bezkarnym, „nieznanym sprawcą”, zamalować bazgrołami zabytkowe mury, a nawet i rozwalić w publicznym miejscu, na ulicy patrolowanej przez opłacaną przez podatników straż miejską i policję?  Wizytówkę tego, jak my, w Puławach, nie dbamy o narodowe, kulturowe dziedzictwo, jak je sobie lekceważymy,  jeśli nie chcemy zapewnić mu skutecznej ochrony i jak go, nomen omen, nie cenimy, skoro  za darmo udostępniamy? Jeśli to „wizytówka”- to żenująca.

Dotarło do mnie sporo głosów ludzi, ( różną drogą – mailową, telefoniczną… ) , którzy przyznali mi rację,  często oświadczając,  że  zmienili  dotychczasowe przeciwne  nastawienie do rygorystycznego, totalnego zamykania parku po zmierzchu. Wielu, których głos byłby w tej dyskusji ważny, się nie wypowiada, choć zaiste gdy milczą,   nie sposób zweryfikować, czy mamy do czynienia z niezabierającym głosu tchórzliwym mędrcem, czy  milczącym głupcem. Zapraszam do otwartej dyskusji na temat przyszłego wyglądu historycznego ogrodu. Może ktoś ukrywa się z genialnym pomysłem, jak inaczej niż na całym świecie,  poradzić sobie skutecznie z ochroną przed złodziejami i wandalami, tak dużego terenu z cennymi obiektami  Przykra prawda jest taka, że gdy zostawimy te sprawy w rękach samych polityków, którzy przeliczają głosy na ilość nie jakość, to znajdziemy się tam, gdzie nikt z nas nie chciałby być. Razem z  innymi „akuszerami” FWHOP myślimy, o zorganizowaniu otwartego forum dla  wszystkich zainteresowanych mieszkańców Puław, na którym przedstawilibyśmy wizualizacje możliwych do zrewaloryzowania fragmentów ogrodu, które można będzie zrealizować wyłącznie wtedy, gdy problem wandalizmu zostanie  zniwelowany do nieistotnego problemu. Zdefiniujemy i zobrazujemy w przystępny sposób, jak mógłby  wyglądać ogród Księżnej po przeprowadzonej rewitalizacji zgodnie z wytycznymi konserwatorskimi.   Zaprosilibyśmy także  opiekunów innych zabytkowych ogrodów w Polsce by przedstawili swoją drogę do osiągnięcia przewagi nad wandalami i przywrócenia świetności ogrodowi.

Można zrobić nawet niemożliwe, ale jeśli niezabezpieczone efekty takiej pracy znikną z powierzchni ogrodu równie szybko i bezkarnie  jak działają w Puławach wandale, to nadzieja,  że kiedyś park będzie perełką turystyczną w województwie i w Polsce  zniknie równie szybko jak posadzone niegdyś w parku setki cebulek wiosennych kwiatów wydłubanych z ziemi przez spacerujących po parku  w ciągu jednego sezonu, gdy po raz pierwszy i ostatni w historycznym ogrodzie zakwitły.

      Należę oczywiście do wielbicieli historycznego ogrodu puławskiego, w przeciwieństwie jednak do większości obywateli naszego miasta, miałam okazję zwiedzić wiele angielskich  ogrodów krajobrazowych na których wzorowała się Księżna Izabela Czartoryska. Moje podróże odbyły się w latach  80-tych i  90-tych ubiegłego stulecia i od tamtego czasu zupełnie innymi oczami patrzę na to, co niegdyś było wybitnym ogrodem romantycznym, a przez lata zaniedbań zostało  zdegradowane do porośniętego samosiewami terenu wokół pałacu, niemającego  wiele wspólnego z ogrodem starannie zaprojektowanym, którego największym atutem było jego położenie, gwarantujące niezwykłe widoki na rozległy krajobraz;  obfitującego co prawda w  interesujące architektonicznie budowle, w którym jednak trudno bez irytacji spacerować, gdy wokół wszędzie śmieci i ślady po działaniach wandali.

Wiem, że zabierając publicznie głos w tej sprawie, narażam się na falę „hejtu”, mimo tego uznałam, że dalsze bierne czekanie na rozwój wydarzeń, oznacza  milczącą zgodę na puławski syndrom niemocy, prowadzący europejskiej klasy dzieło romantycznej sztuki  ogrodowej jakim był ogród Księżnej Izabeli Czartoryskiej i znajdujące się w nim zabytki,  w stronę ciągłej i nieuchronnej dewastacji.  Mam bowiem nadzieję, że większość zwolenników otwartego parku, będących świadomymi obywatelami naszego miasta, jest nimi głównie  dlatego,  że  nie zdaje sobie sprawy,  co z powodu tej dostępności  stracili  już  bezpowrotnie  i że lektura tej  bezlitośnie długiej wyliczanki doprowadzi ich do zmiany poglądów. Mylić się, jest przecież rzeczą ludzką, głupotą jest jednak uporczywe trzymanie się  źle obranej drogi. Wiem, że jestem stronnicza w swoich poglądach, ale  bronić prawa do „relaksowania się po swojemu” chuliganów i wandali nie zamierzam!

Kilkanaście lat temu, jeszcze w czasie spotkań, na których pracowaliśmy nad  powołaniem Fundacji Wspierania Historycznego Ogrodu Puławskiego, sugerowałam ówczesnej dyrekcji IUNG, że wprowadzenie powszechnie stosowanych na świecie rozwiązań w postaci skutecznego ogrodzenia całego  terenu ewidentnie podniosłoby trwałość wszelkich  inwestycji w parku. Czy to w zakresie utrzymania efektów  renowacji zabytków, czy inwestycji w elementy wyposażenia parku;  takich jak: ławki, kosze, oświetlenie itp., (estetycznego, spełniającego wymogi konserwatorskie, a przez to odpowiedniej jakości i co za tym idzie, najdroższego). Wreszcie, można by pozwolić sobie na wprowadzanie nowych nasadzeń z roślin ozdobnych z mniejszą obawą, że zaraz zostaną rozkradzione, jak to się często działo w parku i dzieje w  mieście.  Jednak i wtedy i teraz, gdy wspomni się o najoczywistszym i sprawdzającym się w praktyce sposobie chronienia zabytków  naraża się lokalnej społeczności przyzwyczajonej przez ostatnie dziesięciolecia do komfortowego dla wszystkich, swobodnego, absolutnie nieograniczonego dostępu do parku. Tymczasem, na świecie od dawna stosuje się grodzenie cennych, czy historycznych ogrodów.

Trzeba mieć świadomość tego, że „okres błędów i wypaczeń” teoretycznie przynajmniej, mamy już za sobą, i że w Polsce, w innych miastach,  po latach socjalistycznego podejścia do „państwowego czyli niczyjego”  w tej sprawie następuje zmiana!  Warto wiedzieć, że np. powstały równolegle z puławskim ogrodem, ogród w Arkadii, który do końca upadku socjalizmu w Polsce był w dużo gorszym  stanie utrzymania, teraz, po bardzo skromnej renowacji i elementarnym ogarnięciu zieleni, został skutecznie ogrodzony, a wstęp do niego jest płatny, nawet dla towarzyszącego człowiekowi psa. Miło popatrzeć jakiej metamorfozy doznał tamten park i tego tylko puławskiemu ogrodowi życzyć mogę.  W  Arkadii nie ma już śmieci, ani jaskrawych malunków na rzeźbach i murach, chwasty są wykoszone, choć długa przed nim jeszcze droga do odzyskania świetności, to proces degradacji obiektu tam już się zakończył. Dzięki podjęciu słusznej decyzji, nie drepczą tam w miejscu odmalowując ciągle tę samą ścianę, lecz przywracają w nim  to, co  niegdyś  zostało zniszczone. Wykonano już rekonstrukcję grobowca Cecylii, w którym złożono  kopię rzeźby, przed laty wywiezionej z ogrodu z tego samego powodu, z jakiego znikają ruchome zabytki z naszego parku.

Mało kto wie, że przed II wojną i (w czasie okupacji)  funkcjonował system kart wstępu do parku w Puławach. Było to możliwe, gdyż poza murem i linią Łachy, wszelkie furtki i bramki były zamykane, a na mostku ze  śluzą na Łasze była również zamykana bramka.  Mamy zdjęcia z parku z tego okresu i nie jest to tak, że wtedy park był jakoś szalenie zadbany. Porastało go więcej drzew, ale już wtedy lwia część to były samosiewy lub nieprzemyślane nasadzenia, które szybko zatarły osie widokowe i zniszczyły koncepcję kompozycji ogrodu.

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.551109104909677.1073741829.545578988796022&type=1&l=c24bcc7f98

Czy moja wypowiedź z podsumowaniem realnych strat i potencjalnych zysków będzie wstępem do merytorycznej dyskusji i przyczynkiem do wprowadzenia rozsądnego rozwiązania, czas pokaże.Pamiętajmy jednak, że odpowiedzialni  jesteśmy nie tylko za to, co robimy, ale także za to, czego nie zrobiliśmy, czego zaniechalismy. Przyszłość i wnuki nasze  zweryfikują słuszność decyzji podjętych, lub nie, przez współcześnie odpowiedzialnych, za polskie dziedzictwo kulturowe, bo doskonale wiemy, jakie miejsce w historii naszego państwa miały Puławy, w czasach świetności zespołu pałacowo-parkowego Książąt Czartoryskich.

Ustawowy obowiązek ochrony dóbr kultury, polegający na zabezpieczeniu  zabytków przed zniszczeniem, uszkodzeniem i dewastacją.  jest obowiązkiem Państwa – czyli lokalnych władz, oraz powinnością jego właścicieli. Proste rozwiązanie dla puławskiego parku– w zasięgu możliwości technicznych i finansowych. Jednak nikt nie chce o tym poważnie rozmawiać.

Dlaczego tak  jest? Wydaje się, że z czysto populistycznych przyczyn.

Argumentum pessimi turba est– przestrzegali starożytni i to się nie zmieniło. Zgubnym argumentem jest  wola tłumu.

Egoistycznie chcemy, byśmy mogli w każdej chwili, z każdej strony, kiedy i jak nam się chce  wejść do parku. Takie rozwiązanie byłoby piękne, bo na pewno jest wygodne,  gdyby 100% społeczeństwa umiało to  docenić i uszanować. Tak niestety nie było nawet  za czasów Księżnej Izabeli, która po tym jak z drzwi Świątyni Sybilli kilkakrotnie wykręcono mosiężne, ozdobne  rozety, zmuszona była zlecić zainstalowanie dodatkowej kraty na schodach Świątyni,  by zakończyć ten proceder. Mury wokół historycznego ogrodu też nie powstały przypadkowo.  Gdy Księżna Izabela zleciła wybudowanie drewnianej kładki nad  Łachą stanowiącą naturalną granicę jej prywatnego nomen omen „o g r o d u”, natychmiast rozwiązała problem niechcianych „gości”,  budując na jego środku ścianę z drzwiami by zatrzymać intruzów.  Dla praktycznej Księżnej Izabeli, Brama Rzymska pełniła  funkcję faktycznie zamykanej bramy. Gdy pojawiła się kładka nad Głęboką, umożliwiająca dostanie się do jej ogrodu ta drogą, niewiele później  i tam powstała  żelazna furtka ograniczająca swobodny dostęp do książęcego ogrodu.

Gdy zabrakło prawowitego  własciciela  i troskliwego opiekuna ogrodu, mogło być tylko gorzej, a nie mam tu na myśli działań militarnych lecz, taką codzienną, powszednią działalność ludzi nierozumnych. Wyliczankę czas zacząć:

  • To bezmyślnym, pijanym studentom puławskiego instytutu „zawdzięczamy ” fakt, że nie możemy dzisiaj zobaczyć , jak wygląda posąg Flory przed Domkiem Greckim,
  • Naszym dzieciom nie możemy zrobić zdjęcia przy  dwóch bazaltowych  sfinksach, które po kosztownej renowacji zamknięto we wnętrzu  Pałacu Marynki, po tym jak wandale zasmarowali te rzeźby farbami i usiłowali uszkodzić posągi rozbijając na nich butelki i kamienie. Nieprzypadkowo, działo się to wtedy, gdy na stałe zanikł zwyczaj zamykania bramy i furtek do Pałacu Marynki poza godzinami pracy w Zakładzie Pszczelnictwa, jaki mieści się w tym Pałacu
  • Poznikały z oczu ludzi liczne „ruchome” lapidaria niegdyś eksponowane wokół Domu Gotyckiego, dla ich dobra pozamykane (sic!) z dala od wandali, ale i od nas i turystów. Zanim poddano je renowacji konserwatorskiej w latach 80-tych ubiegłego stulecia, wapienne i marmurowe artefakty pokrywały wyryte w kamieniu, nabazgrane flamastrem, czy, czym się tylko dało napisy razem zlewające się w jeden obskurny „fresk” uniemożliwiający jakąkolwiek zadumę nad historycznym obiektem.
  • Marmurowa, arabska stella też już dawno została zabrana sprzed oczu zwiedzających, gdyż tylko tak można było uchronić pokrywające ją arabeski dla potomnych. Inaczej, dawno straciłaby pierwotny wygląd. To samo stało się z tatarskim kamieniem nagrobnym, z tym, że jego powierzchnię już na zawsze pokaleczyły wyryte w kamieniu kulfony.
  • Wiszące niegdyś na zewnętrznych ścianach Domu Gotyckiego kopie wszystkich uratowanych przez Księżnę Izabelę główek wawelskich  strącili i rozbili jedną po drugiej,  chuligani ćwiczący celność rzutu kamieniem  Zostało ich zaledwie kilka i te oczywiście trafiły pod klucz bo inaczej skończyły by tak jak pozostałe. Wybijano także kolorowe szybki w witrażach.
  • Aby uniemożliwić chuliganom zniszczenie obelisku poświęconego pamięci Księcia Józefa Poniatowskiego, znajdującego się  na środku dolnej kondygnacji Świątyni zainstalowano blaszane wrota w miejsce kraty w Sybilli. Łotrzy, którzy ustawicznie celowali  kamieniami, butelkami w obelisk i wrzucali do wnętrza wszelkie śmieci, pozbawili nas codziennej możliwości spenetrowania wzrokiem wnętrza Świątyni.
  • Jakiś czas temu, już po ostatnim remoncie konserwatorskim, z wnęki  Świątyni Sybilli chuliganie wytoczyli zabytkowy kapitel z korynckiej kolumny, który cudem tylko nie uległ całkowitemu rozbiciu, bo zatrzymał się na rosnącej na stromym zboczu grupie krzewów. Żeby łobuzom nie dać szansy na drugie podejście  w  przemienieniu zabytku w kupę gruzu,  kolejna ogrodowa atrakcja została zamknięta na klucz i juz jej na spacerze nie zobaczycie.
  • Aż do remontu Sybilli przykro było patrzeć na  lwa z czerwonego porfiru który miał pysk wysprejowany czarną farbą.
  • Ręka chuliganowi nie zadrżała gdy wymierzył celny cios w  głowę Tankreda i oberwał fragment pióropusza z hełmu tego posągu. Na całe szczęście, w tym przypadku, nie był to bezcenny marmurowy oryginał, lecz polimerowa kopia.
  • Marmurowy „Tankred i Klorynda” też tkwią  zamknięci pod kluczem, oczywiście po niezbędnej renowacji, gdyż  oryginał  miał  również odłamany pióropusz, połamane kamienne palce, że o innych licznych wyrytych przez wandali napisach w marmurowym postumencie tylko wspomnę.

Siermiężne czasy komuny długi czas uniemożliwiały rozwinięcie pseudoartystycznych skrzydeł demonom zniszczenia, lecz pojawienie się na polskim rynku farb w sprejach przechyliło szalę tryumfu na korzyść wandali. Przedtem rozwalanie niosło za sobą ryzyko zwabienia hałasem stróża porządku, wyrycie widocznego napisu wymagało cierpliwości, determinacji i czasu. Lecz teraz? Graffiti jakim na  wyrost nazywamy każdego kolorowego kulfona jaki pojawi się na murze, niszczy całą cywilizowaną przestrzeń człowieka, co gorsza, nawet nie tylko, bo łobuzy z farbą w puszce potrafią mazać nawet na skalnych ścianach w parkach narodowych, w miejscach odległych od aglomeracji miejskich.

  • Jeśli już o skałach mowa, to przez lata, gdy wejście do grot powstałych w wyrobiskach skalnych nie było zabezpieczane kratą, wnętrza te, uznawane teraz za atrakcję turystyczną, pełniło rolę szaletu dla chuliganów, a o ówczesnym wyglądzie oryginalnie kremowych skalnych ścian nie mam co mówić. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wszedł by tam dobrowolnie, a co dopiero mówić o opłaceniu za taka „atrakcję” biletu. Po oczyszczeniu tej „stajni Augiasza”, czego nikt nie zrobił darmo, zainstalowaniu krat, uniemożliwiających swobodne penetrowanie i działalność w tym miejscu,  okazało się, że dla zwiedzających park dzieci była to największa atrakcja, przynosząca nawet jakieś realne dochody.
  • Gdy przed laty,  za niemałe pieniądze udało się oświetlić cały park identycznymi latarniami, łącznie z  tzw. Dziką Promenadą, mieszkańcy bloków  na ul Głębokiej mogli obserwować z okien szybkie znikanie świetlnych punktów na mapie parku. Dziś już tylko rdzewiejące pozostałości lamp przypominają o tamtym prezencie od IUNG dla mieszkańców Puław, byśmy mogli po zmierzchu bezpiecznie spacerować po naszym parku.  Cóż, światło chuliganom przeszkadza w ich działalności, więc rozbijanie lamp  przebiegało w takim tempie, że władze odpowiedzialnego za park instytutu szybko zrezygnowały (zresztą to były lata kryzysu zaopatrzeniowego) z kupowania kolejnych żarówek i kloszy, być może po prostu skończyły się  już na to fundusze, lub po ludzku, dostrzeżono beznadziejność wszelkich starań.
  • Gdy „Dzika Promenada” utonęła znowu w mroku, można było bezkarnie zamalować farbami cały marmurowy sarkofag, który po konserwatorskim remoncie zamknięto za żelaznym płotem, odbierającym sporo z romantyzmu tego pamiątkowego pomnika. ”Uwięzienie za kratami” okazało się rozwiązaniem pomocnym w utrzymaniu marmurowego sarkofagu w przyzwoitym stanie. Jednak i tym razem coś straciliśmy, przez to,  że godzimy się na koegzystencję na równych prawach z chuliganami w historycznym ogrodzie. O złodziejach w tym miejscu wspomnę. Trudno tu porównywać skalę straty, ale warto nadmienić, że gdy posadzono wokół sarkofagu młode cisy, wszystkie co do jednego zostały ukradzione, zanim zdążyły się rozrosnąć.
  • IUNG zdołał utrzymać oświetlenie tylko tzw. Górnego Parku.  Zniszczenie  lamp służących do iluminacji bryły pałacu od strony Wisły, to również robota „niezidentyfikowanych sprawców”. Przyciągający wzrok przejezdnych, podświetlony pałac na szczycie wiślanej skarpy, będący kapitalną reklamą turystyczną dla miasta bezpowrotnie (jak dotąd) znikł w mroku. A co z oczu…
  • Dlaczego trzeba było zabrać i zamknąć z dala od ludzi rzeźby zdobiące wcześniej nisze Domku Aleksandryjskiego, wiedzą Ci, którzy widzieli je przed renowacją- oczywiście były całkowicie zapaćkane napisami i zniszczone wulgarnymi reliefami.
  • Zabytkowe mury pomazane przez wandali,  murowany mostek prowadzący do Pałacu Marynki w makabrycznym stanie, cały pokryty  bazgrołami, z wyraźnymi śladami celowej i świadomej dewastacji.  Ilość śmieci, która ląduje corocznie pod nim jest zatrważająca. Ile można zobaczyć pod tym linkiem:

https://parkwpulawach.wordpress.com/2012/03/01/usuwanie-samosiewow-z-terenu-dzikiej-promenady/#more-294

  • Na koniec przykładów aktów wandalizmu „perła w koronie puławskich wandali” . Podpalenie  i pożar częściowo wyremontowanego Domku Aleksandryjskiego,  w którym z dymem poszły świeżo zainwestowane w całkowicie nowy dach pieniądze. Zresztą, w czasie ostatniego remontu Domku Żółtego, jeszcze przed zakończeniem renowacji, na świeżo wymalowanych ścianach też pojawiły się  barwne kulfony, zmuszając firmę budowlaną do powtórnego malowania ściany i zatrudnienia osoby do całodobowego pilnowania obiektu.

Przykłady można mnożyć bez końca: popalenia starych drzew, niszczenie ławek czy koszy na śmieci,  to już takie codzienne „drobnostki”. Całość wpisuje się w jeden schemat – jedni niszczą, drudzy płacą za coraz kosztowniejsze renowacje i wymiany, wszyscy tracimy – bo ubożejący park traci na atrakcyjności, a jego niegdysiejsze przesłanie staje się coraz mniej czytelne, gdy znikają z ogrodu kolejne nasycone symboliką obiekty.  Marmurowa rzeźba pumy powinna móc  bezpiecznie  leżeć u wejścia do grot, a  przepiękny ołtarzyk też na swoim miejscu, a nie schowany we wnętrzu Sybilli. Przecudnej urody rzeźbę fauna, którą lata temu schowano przed wandalami w pałacu, można by  znowu ustawić wśród róż i innych kwiatów w wydzielonym,  „sekretnym ogrodzie”  kwiatowym obok magnolii.  Nawet jeśli nie miały by to być bezcenne oryginały, to przecież mogłyby to być ich  repliki. Gdyby była wreszcie realna, bezpieczna możliwość zrezygnowania z litych, metalowych wrót w dolnej kondygnacji Świątyni Sybilli, można by rozważyć  zawieszenie kopii (może metodą wydruku 3D ?) oryginalnych tarcz honorowych niegdyś wiszących  wokół obelisku poświęconego Poniatowskiemu i  odtworzyć charakter tego symbolicznego mauzoleum pamięci bohaterów narodowych. O ileż bardziej atrakcyjne byłoby zwiedzanie tak wyposażonej Sybilli, do której z oczywistych względów nie trafią nigdy z powrotem, zgromadzone niegdyś oryginalne narodowe skarby.  Kamienne poidełko, które stało w odległej części parku, też ze względów bezpieczeństwa trzeba było dawno temu  przenieść do Górnego Ogrodu, zagracając przestrzeń wokół Domu Gotyckiego, wbrew woli i intencjom twórczyni ogrodu. Zresztą te same względy zmusiły do podjęcia takiej, a nie innej decyzji o lokalizacji „Tankreda i Kloryndy”, którzy powinni stać u stóp pałacu przy Łasze, ale wiadomo jak to by się skończyło dla tej rzeźby. Znowu zostaliśmy sterroryzowani przez wandali i pozbawieni za jednym zamachem kolejnego pięknego i atrakcyjnego miejsca w parku i odebrano nam prawdę historyczną o Górnym Ogrodzie. Mogłabym do tej mojej „wyliczanki..” dodać także Fontannę Bożka Pana, która najszybciej została obrócona w ruinę, bo najdłużej była w „swobodnie dostępnej” przestrzeni u podnóża Domku Greckiego. Jedno z ostatnich zdjęć, na jakim była jeszcze widoczna w nienajgorszym stanie, przedstawia dorosłych ludzi, którzy zachowują się wg wszelkich kryteriów jak chuligani. To było przed 1914r. Kilka lat później, była już w takim stanie, że zadecydowano o jej rozbiórce. Uratowano z niej najbardziej charakterystyczne kamienne detale, więc, można by pokusić się o rekonstrukcję, choć na pewno ma to tylko sens na terenie  z „kontrolowanym dostępem”.

Na organizowanych  przez znawców tematu konferencjach międzynarodowych takich jak „Ogrody zabytkowe w obliczu współczesnych zagrożeń”   mówi się jasno, iż to, że  w Polsce najczęściej „parki nie są zamykane, brakuje stałej opieki i nadzoru”, jest  tym czynnikiem, który sprawi, że ogrody takie nie przetrwają dla potomnych. Takie same były wnioski końcowe ze zorganizowanej  przez IUNG i FWHOP konferencji w Puławach. Prawda oczywista.  Tylko, czy aby dojść do takiej konkluzji,  potrzebna jest konstatacja na konferencji międzynarodowej?  Zwykły rozsądek i wyciąganie logicznych wniosków oraz prosty rachunek zysków i strat nie tylko w kwestii kosztów materialnych powinien doprowadzić odpowiedzialnych za los i stan zachowania zabytkowego ogrodu do podejmowania niepopularnych decyzji, kosztem nawet oburzenia dzisiejszych użytkowników parku, którym uniemożliwi się wybieranie wygodniejszej „drogi na skróty”, czy wyprowadzenie psa  w dowolnych godzinach.  Partykularny interes Kowalskiego nie może być ważniejszy niż misja odzyskania i zachowania dla przyszłych pokoleń świetności całego założenia ogrodowego Księżnej Izabeli.

Moje przekonanie o konieczności i  realnej możliwości  wprowadzenia skutecznego rozwiązania,  jakim jest wprowadzenie w życie zasady kontrolowanego dostępu, nie wynika z jakiegoś „widzimisię”, lecz z historycznych faktów, prawnych uwarunkowań i naocznie weryfikowalnych  dowodów na słuszność takiej,  a nie innej polityki w stosunku do  ochrony zabytkowych obiektów i ich otoczenia przed działalnością wszechobecnych wandali i patologicznymi zachowaniami części społeczności.

Na przykładzie równoległych do siebie murów u podnóża Domku Greckiego, (historycznie należącego do parku księżnej Izabeli,  będącego pod inną, niż instytuty władzą) łatwo uświadomić sobie między czym wybieramy, upierając się na zachowaniu „swobodnego dostępu”  lub skutecznie zamykając zabytkowy obiekt gdy brak w nim nadzoru.  Dawna książęca oranżeria była poddawana przez długie lata, tym samym aktom wandalizmu, co reszta obiektów w parku. Przez długi czas,  było to miejsce, w którym po zamknięciu biblioteki pojawiali się narkomani, popijający i śmiecący wagarowicze zabawiający się w smarowanie po murach i rozbijanie  płyt z piaskowca byli  tu  nieomal całodobowo.  Po latach „bezsilności” ktoś podjął mało popularną, eufemistycznie mówiąc,  decyzję. Chyba ponad 20 lat temu, nie oglądając się na protesty mieszkańców sąsiednich osiedli,  ogrodzono teren z Domkiem Greckim metalowym ogrodzeniem niemożliwym do sforsowania dla człowieka, bez drabiny pod pachą. W ten sposób, wszyscy  mieszkańcy osiedla z ul. Głębokiej – nota bene – wtedy w większości rodziny pracowników Instytutu będącego właścicielem całego zespołu pałacowo-parkowego utracili bezpośredni dostęp do biblioteki i jakże wygodny dla nich skrót do parku i  zarazem do ich ogródków działkowych, które w owym czasie mieli na Kępie. Rozwiązanie to do tej pory  skutecznie zabezpiecza budynek i jego otoczenie przed wandalami. Na zdjęciach w poniższym linku widać dwa równoległe mury z tego samego materiału, wykonane w tym samym czasie – jeden – za płotem, zamykanym wraz z zamknięciem biblioteki, a drugi, jak łatwo się domyśleć – swobodnie, całodobowo, dostępny. Na taki nieuchronny los skazywane są odnawiane obecnie zabytki w parku.

https://parkwpulawach.wordpress.com/2012/03/20/przed-eksplozja-zieleni/

Międzynarodowa Rada Ochrony Zabytków i Miejsc Historycznych ICOMOS (doradzająca UNESCO) zaleca wprowadzenie zasady kontrolowanego   dostępu do ogrodów historycznych i obiektów zabytkowych, upatrując w tym,  realne rozwiązanie dające szansę  na zachowanie  dziedzictwa kulturowego dla przyszłych pokoleń.  W tzw. „Karcie Florenckiej”, z której całym brzmieniem, powinni zapoznać się  wszyscy, którzy są odpowiedzialni  za obecny i przyszły stan historycznego ogrodu,   w artykule 18,  czytamy: „Każdy ogród historyczny przeznaczony jest do oglądania i do zwiedzania, ale swobodny dostęp do niego powinien być ograniczony z uwagi i w zależności od jego wielkości i podatności na jego zniszczenie, tak, aby chroniona była jego substancja oraz świadectwo kultury, jakiego jest on wyrazem”.

Mam wrażenie, że ludzie odpowiedzialni za  promocję i rozwój Puław nie rozumieją, że na bazie posiadanego zabytku tej rangi, po zadbaniu o zieleń i wyeliminowaniu wszystkiego co szpetne w kompleksie pałacowo-parkowym mamy przepis na sukces jeśli chodzi o przyciągniecie turystów do miasta. Nowy stadion sportowy czy  przystań rzeczna nie sprawią, że zatrzymają się tu ludzie z wielkich miast, ani tym bardziej, nie przyjadą tu specjalnie w tym celu by je zobaczyć turyści ze świata. Nie jest to dla nich żadna atrakcja. Co innego, coś co mamy u siebie, a czego nie potrafimy należycie docenić.  Słynne, zadbane XIII wieczne ogrody krajobrazowe  są odwiedzane przez turystów z całego globu. W czasach boomu technologicznego coraz lepiej ma się antystresowe hobby jakim jest ogrodnictwo. Prężnie działają biura turystyczne specjalizujące się w organizowaniu tras turystycznych pod kątem zwiedzania historycznych ogrodów.  W Stowe, Stourdhead i innych ogrodach  codziennie mija się na parkowych alejkach setki skośnookich turystów i Amerykanów i Europejczyków z każdego skrawka naszego kontynentu. Każdy z nich zostawia niemałe pieniądze, za możliwość popatrzenia na rozległy horyzont, z miejsc w których kiedyś stali książęta i królowie, z łukiem tryumfalnym, czy kolumną pod starym dębem. Ruiny starożytnej świątyni Westy w Tivoli (będącej pierwowzorem Świątyni Sybilli) wtłoczone między współczesną zabudowę przyciągnęły przez wieki miliony turystów, malarzy, fotografów, z których każdy zostawił pieniądze  we Włoszech. My mamy jej kompletną kopię, z tą przewagą, że w pięknym otoczeniu, z niezmienionym od 200 lat krajobrazem w tle, w nieomal doskonałym stanie, którą bez wstydu można pokazać całemu światu, gdyby nie fakt, że wszędzie mamy brudne mury,  śmieci, oraz zarośnięty chaszczami i samosiewami park.  Wiele słynnych ogrodów krajobrazowych XIII wieku zniknęło z mapy świata, lub dawno zatraciło swój „krajobrazowy” charakter, wchłonięte przez rozrastające się miasta. Puławski ogród miał to szczęście że po ponownym otwarciu tzw. „okien widokowych” znów może dumnie  pokazać urodę doliny Wisły, zaś jego opiekunowie przez lata zadbali o ogólnie dobrą kondycję większość  zabytkowych obiektów.  Liczę na to, że dojdzie do wynegocjowania zasad współodpowiedzialności za park, którego nie wolno nikomu sprowadzać wyłącznie do rangi „miejskiego  terenu zielonego” czy tym bardziej wybiegu dla psów .

Jeśli uważacie, że do takich małych Puław turyści nie dotrą, to powiem, że po kosztownej renowacji Zofiówki, krajobrazowego ogrodu  Księżnej Potockiej na Ukrainie, tamten park jest  obecnie jednym  z najpiękniejszych parków krajobrazowych na świecie i jako taki odwiedzany masowo przez turystów z całego globu, a nie leży on na szlaku innej turystycznej mekki jakim jest „nasz”  Kazimierz Dolny.  Przy współczesnej technologii, wbrew pozorom, nie jest tak trudno wypromować coś, co później  obroni się samo, jeśli tylko ludzie będą mieli okazję, się o takiej perle, jak nasz zespół pałacowo-parkowy dowiedzieć i  gdy pierwsi, którzy tu dotrą,  nie wrócą do siebie zdegustowani wszechobecnymi w parku śmieciami i bazgrołami,  lecz poniosą  ze sobą opowieść o faktycznie dobrze utrzymanych,  pięknych, zabytkowych  budowlach i krajobrazach , które odsłonić łatwo można, wycinając  trochę samosiewów.  Wydaliśmy dziesiątki milionów złotych by mieć w tak dobrej kondycji jak obecnie,  większość obiektów na terenie osady pałacowo-parkowej, lecz nie możemy bez wstydu zapraszać turystów z całego świata, bo nie potrafimy rozwiązać problemu, który na całym świecie rozwiązuje się skutecznie  w ten sam sposób – zamykając i grodząc obiekty zabytkowe, gdy nie są intensywnie dozorowane i kontrolując dostęp do nich.

Liczę też na to, że teraz, gdy mamy w pałacu Muzeum Czartoryskich, którego sensem istnienia poza edukacją miejscowej ludności są głównie zwiedzający je turyści łatwiej będzie zrozumieć, że w interesie całej społeczności (z wyłączeniem  lokalnych wandali) jest doprowadzenie do tego, by cały zespół pałacowo-parkowy miał szansę rozkwitnąć.  A tylko wolny od ciągłej dewastacji, jako ogromna i niekwestionowana turystyczna atrakcja, stanowić będzie niewątpliwie ważny wkład w rozwój gospodarczy miasta.

Księżna Izabela zadbała w o promocję swojego ogrodu, w taki sposób,  że nie było wśród współczesnych jej, wykształconych ludzi, takich, którzy by o ogrodzie w Puławach nie słyszeli. Wspierając finansowo autora słynnego poematu „Les Jardins”, Jacques’a Delille’a doprowadziła do tego, by w kolejnym wznowieniu tomiku poezji tego szalenie  modnego wówczas twórcy, obok pochwał dla ogrodów w  Stowe czy  Stourdhead znalazły się strofy wychwalające idylliczną  urodę puławskiego raju na ziemi przez nią stworzonego. Wówczas  wspominane w tym poemacie ogrody stanowiły,   ikony  tego ogrodowego stylu, a Księżna nie tylko  gorliwie naśladowała najlepszych, ale też wykazała dużo lepszy gust w wielu realizacjach.  Inne ogrody z tegoż poematu, do dziś  stanowią żelazny punkt programu dla studiujących i admirujących  sztukę,  historię,  architekturę, ogrodnictwo,  podziwiających  krajobrazy. Do tej lektury sięgają co rok, kolejne roczniki studentów historii sztuki, literatury i architektury zieleni w uczelniach na całym świecie.  Od podjętych w walce z wandalami decyzji  zależy, ile lat będzie musiało minąć od  runięcia Żelaznej Kurtyny, by puławski ogród wrócił na należne mu miejsce, do zdefiniowanego przez Delille’a panteonu sielankowych ogrodów stworzonych ręką człowieka.

Gdy samolotem można dotrzeć do Lublina, a autostradą do Puław w ciągu pół godziny , „park w Puławach” mógłby być magnesem dla  pasjonujących się historycznymi ogrodami ludzi z całego świata!  Zostawiając wolną rękę wandalom przesuwamy ten moment  ad calendas Graecas. Chciałabym,  żebyśmy jako mieszkańcy Puław, zaczęli traktować historyczny ogród jak coś „naszego” i jako o taki chcieli o niego zadbać, jak o własny, prywatny ogródek, którego  przecież  nie zostawiamy  otworem dla każdego, kto miałby ochotę z niego wyrwać kwiaty, stłuc na ścianach naszego domu butelkę, czy zostawić na niej „graffiti”, jak ogród, z którego wszyscy możemy być dumni!

Uniemożliwienie wchodzenia do ogrodu po zmierzchu to jedno, drugie to realne sprawowanie kontroli nad zachowaniem tych, którzy w parku przebywają w biały dzień. Jeśli leśnicy potrafią instalować bezprzewodowe kamery w różnych punktach lasu, to i u nas powinno się z takich możliwości technicznych skorzystać, dyskretnie przenosząc takie lotne punkty obserwacji w różne zagrożone patologiami miejsca i reagować natychmiast i bezlitośnie, gdy kamera takie zachowania zarejestruje. Kilka nagłośnionych przypadków złapania  na gorącym uczynku i bezwzględnej kary np. w postaci rejestrowanej pracy wandala nad usunięciem szkody,  dałoby sygnał w tym środowisku, że to „niezły przypał” jak się  w parku rozrabia i z pewnością zniechęciło by kolejnych. To zadanie dla współpracującej ze sobą zatrudnionej do ochrony obiektu firmy i policji czy straży miejskiej. Należy karać nawet drobne przewinienia i usuwać natychmiast szkody, bo jedno „graffiti” na ścianie, zachęca do powstawania obok następnych. Taki jeden bohomaz  na świeżo wyremontowanej ścianie  działa jak katalizator na następnych wandali. Jak jeden już jest, to znaczy, że tu można „poszaleć”, zgodnie koncepcją  Fixing Broken Windows: Restoring Order and Reducing Crime in Our Communities znaną kryminologom i socjologom jako teoria rozbitych okien. Doprowadziła ona do wprowadzenia programu Zero tolerancji w USA i takie  podejście do tej sprawy powinno być również u nas.

Gdyby trzeba było szukać pieniędzy na utrzymanie parku, w kieszeniach zwiedzających, to ochronić interes miejscowych też się da. Jeśli puławianie boją się, że po zamknięciu ogrodu nie stać ich będzie na częste spacery po ulubionych trasach, to śpieszę zapewnić, że jeśli dało się to zorganizować sto lat temu, drukując  imienne karty wstępu,  to tym bardziej, angażując w to przedsięwzięcie odrobinę techniki można wprowadzić  tanie elektroniczne karty wielokrotnego wstępu o zróżnicowanej „dacie ważności”, które wraz z czytnikami przy bramkach umożliwiającymi (jedyne)  wejście i wyjście pozwolą, wraz ze sprawnie działającym systemem monitoringu umożliwią sprawowanie realnej kontroli nad tym, co się dzieje i za czyją przyczyną w parku.

Takie  elektroniczne  karty wielokrotnego wstępu są stosowane np. w historycznym ogrodzie w Blenheim,  który zwiedzała Księżna Izabela. Karty wstępu są zróżnicowane, bywają sezonowe, całotygodniowe czy weekendowe. Są dedykowane różnym grupom – dla juniorów, seniorów, „miejscowych” , wolontariuszy, pracowników etc. W Polsce to rozwiązanie jest już również z powodzeniem stosowane, w wielu miejscach. Np do arboretum Kórnickiego wchodzą za darmo  mieszkańcy gminy Kórnik po okazaniu karty wstępu, inni muszą kupic bilet.  Pewnie, idą za tym jakieś pieniądze (wydatki związane z czytnikami, wydrukiem kart etc.), jakieś utrudnienia i ograniczenia (godziny otwarcia). Jednak ten system się sprawdza wszędzie, gdzie jest zastosowany. Utopią jest „zadbany” park pozbawiony realnego nadzoru i funduszy na jego bieżące utrzymanie.

Mam nadzieję, że do rozumnych ludzi powyższe argumenty trafią; że ci, którzy od dawna powinni decyzję o uszczelnieniu ogrodzenia i zamykaniu na noc parku podjąć, do dziś nie końca uświadamiali sobie, jaka  jest skala nieodwracalnych zniszczeń i kosztów oraz ile tracą wszyscy upierając się na utrzymaniu status quo w sprawie dostępu do zabytkowego ogrodu.  Tragicznym nieporozumieniem jest powoływanie się na argumenty „odkąd pamiętam zawsze wszystko było otwarte”. Jak dowieść łatwo można, nie jest to prawdą,  tylko doszło do tego  w wyniku różnych zmian, których młodsze pokolenie a i starsi spoza IUNG  nie zawsze są świadomi.

Warto prowadzić dyskusję, gdy bierzemy w niej pod uwagę argumenty adwersarza i wynikające z nich fakty. Na dyskusję o faktach, a nie o emocjach liczę. Mam nadzieję, że doczekam się w Puławach zwycięstwa rozumu nad emocjami i przestanie prześladować mnie ta fraza z utworu Jana Kochanowskiego:

„Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”;
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.”

 

Post scriptum

Kontynuacją powyższego wątku są dwa kolejne wpisy, które są odpowiedzią na pojawiające się w odpowiedzi na „wyliczankę” komentarze:

https://parkwpulawach.wordpress.com/2017/02/20/trudna-sztuka-czytania-ze-zrozumieniem/

Drugi wpis między innymi podaje przykładowe rozwiązanie organizacyjne  dla naszego parku, angażującego relatywnie najmniejsze środki finansowe.

https://parkwpulawach.wordpress.com/2017/02/26/ad-augusta-per-angusta/

 

 

Rozumiem prawną zasadę, która mówi, że o jakichkolwiek zmianach wpływających na wygląd zabytku decyduje Wojewódzki Konserwator Zabytków. Nie rozumiem jednak, czym się kieruje ten urząd. bo wynik wielu tych decyzji, bywa opłakany, a co gorsza, często nieodwracalny. I tak, aby wybudować wielki budynek  Puławskiej Szkoły Wyższej na ul.4-go Pułku Piechoty konieczna była zgoda urzędników z WUOZ. Budynek stoi, czyli akceptacja była. Tego samego urzędu,  który wcześniej domagał się w wytycznych konserwatorskich  „likwidacji ogródków działkowych ” na tej samej ulicy, ze względu na wprowadzającą chaos w krajobrazie „architekturę” mniej lub bardziej  prowizorycznych altanek działkowych w otaczającej historyczny ogród przestrzeni i będących dysonansem dla zabytkowych budowli w krajobrazie. Niemniej, altanek działkowców nie było widać przynajmniej z poziomu Dolnego Ogrodu, a wybudowane  niedawno gmaszysko  dominuje nad całym Dolnym Ogrodem i stanowi zupełnie niekompatybilne  dla Domku Chińskiego tło. Jeszcze gorzej wygląda to od stony Wisły. Gdy jesteśmy odpowiednio daleko, ze szczytu Góry Puławskiej , Pałac Książąt Czartoryskich nadal stanowi wyraźną dominantę, zanurzony w zieleni parkowych drzew. Niestety, gdy zbliżymy się do rzeki  nie da się ukryć faktu, że władze, które mają obowiązek chronić krajobraz kulturowy dla przyszłych pokoleń, odpowiednimi decyzjami wpływając na zahamowanie rozwoju chaotycznej, prywatnej zabudowy,  zawiodły na całej linii. Pozwalano bowiem, na powstawanie kolejnych prywatnych domów, a na końcu  zezwolono na wybudowanie nawet tak dużego obiektu. Gdyby w Puławach nie było innych terenów na tego typu inwestycje, można by to usprawiedliwić, lecz że jest zupełnie inaczej, wina jest ewidentna i wiadomo konkretnie czyja. Jesli potrzebuję do czegoś „władzy”, to do myślenia w „szerszych, perspektywicznych planach” i dbania o „dobro ogółu” ponad interes poszczególnych jednostek. To dziwne,  jak „urzędnicy – władcy” ulegają łatwo wobec partykularnych interesów poszczególnych, indywidualnych inwestorów. Ta sama władza, potrafi zablokować inwestycję podmiotowi państwowemu, który  nie ma możliwości skorzystania ze „wszelkich sposobów perswazji” w tym,  tych mniej legalnych też.  Ostatnio, skierowaliśmy do WUOZ pismo z prośba o akceptację nasadzeń uzupełniających, w miejscu martwych jałowców przed Domkiem Chińskim. Wydawało nam się, że posadzenie w takim osłoniętym od wiatru miejscu różaneczników będzie idealnym rozwiązaniem, tym bardziej, że od lat w tym miejscu  rosną tylko pokrzywy wymieszane z podagrycznikiem.  Konserwator Zabytków nie wyraził zgody na posadzenie zimozielonych, ozdobnych krzewów w tym miejscu,  w parku. Dlaczego? Bo jak napisano,  kiedyś, (gdy stanie się cud i znajdziemy sponsora na kompleksową rewitalizację parku), różaneczniki nie będa pasowały do starej/nowej koncepcji. Tak tak, pokrzywy „pasują” do zabytku, różaneczniki mniej, wedle logiki Konserwatora. Ale, ale…. rozgadałam się nie na temat 🙂   Revenons à nos moutons!

Przy okazji prowadzonych  w 2015 roku prac na dziedzińcu przednim, gdy zlikwidowano  istniejące tam miejsca parkingowe i zerwano asfalt, by w to miejsce  ułożyć  nawierzchnię nawiązującą do zastosowanej przed laty, na dziedzińcu paradnym,  cegły klinkierowej, pomyślano, by jakoś uatrakcyjnić  zieleń na tym obszarze.  Przygotowałam kilka wersji projektowych, z których jedna została zaakceptowana przez WUOZ. Chcieliśmy wzdłuż chodników z piaskowca zastosować pas z  zimozielonej Trzmieliny Fortune’a . Jednak w naszej parkowej skali, wszystko jest w rozmiarze XXL. Ilość potrzebnych sadzonek do zrealizowania tego nasadzenia, a co za tym idzie, kwota, za jaką trzeba by zrealizować takich zakup, przekraczała możliwości IUNG.  FWHOP też ma pustki w kasie po opłaceniu prac „budowlanych” na dziedzińcu przednim.

Zwróciliśmy się z prośbą do Pana Lucjana Kurowskiego, który od lat utrzymywał kontakty z opiekunami parku, podarował parkowi między innymi kolekcję pnączy, rosnących od wielu lat w Dolnym Ogrodzie i wiele innych roślin ozdobnych. Pan Lucjan nie wyczarował dla nas całej potrzebnej ilości sadzonek, ale sprezentował nam kilkadziesiąt dorodnych trzmielin w odmianie „Emerald Gaiety”, starannie wybranych, „sztuka w sztukę” najładniejszych. Niestety, to tylko ułamek całej potrzebnej ilości. Jednak kiedyś Pan Kurowski powiedział nam, że „daje nam wędkę, a nie rybę” – w tym przypadku, pozyskane za darmo trzmieliny wolontariusze wysadzili „tymczasowo” w Dolnym Ogrodzie, gdzie będą przez nich „zaopiekowane” – tj. podlane i oplewione, a z czasem, będziemy mogli na bazie tych roślin dokonać podziału na wiele, wiele ukorzenionych sadzonek. Jeśli zimy będą tak łagodne, jak do tej pory, jest nadzieja, że za kilka lat ten plan nasadzeń na terenie dziedzińca przedniego uda się zrealizować. Ze szczerego serca podarowane, powinny rosnąc jak na drożdżach!

Tu link do strony internetowej naszego Ofiarodawcy

http://kurowski.pl/

 

 

W nawale wiosennych ogrodniczych obowiązków czasu było niewiele na obszerniejsze refleksje na temat tego co się miało wydarzyć, lub nawet już się odbyło, a co powinno zostać zapisane DUŻYMI LITERAMI przez wszystkich kronikarzy Puław. Za nami niesamowite, operowe widowisko plenerowe na dziedzińcu paradnym pałacu Książąt Czartoryskich. W pięknej wizualnie oprawie wysłuchaliśmy znakomitych śpiewaków i muzyków. Dwuaktowa opera „Czarodziejski Flet”  Wolfganga Amadeusza Mozarta śpiewana  była w języku niemieckim  z librettem Emanuela Schikandera.

Spiritus movens tego wyjątkowej rangi przedsięwzięcia byli fundatorzy Fundacji im. Wincentego i Franciszka Lesslów.   Joanna Elżbieta Kubiś i urodzony w Puławach Tomasz Mazur.  Kim są i czym się zajmują można doczytać tu: http://www.lessel.pl/o-fundacji/fundatorzy/ Artyści deklarują,  że chcą upowszechniać wiedzę o  historii naszego  miasta, jego znamienitych mieszkańcach i ich dziełach. Na stronie fundacji Lesselów można zapoznać się z  podsumowaniem I edycji Festiwalu Lesselów w Puławach. Polecam lekturę, bo lepiej bym tego sama nie napisała 🙂 http://www.lessel.pl/festiwal-im-wincentego-franciszka-lesslow-w-pilawach-zakonczony/    Na stronie tej można przeczytać między innymi  „Niewielu widzi w (muzyce i plastyce)  element łagodzący obyczaje i przekładający się bezpośrednio na zmniejszenie poziomu agresji i chamstwa w otaczającym nas świecie a tym samym na obniżenie wydatków publicznych związanych z wandalizmem i szeroko rozumianym brakiem kultury.”  Pod powyższym osądem podpisuję się obiema rękami :-), a, że wandalizm jest powszechnym zjawiskiem w Puławach, potrzebę epatowania muzyką najwyższych lotów widzę przeogromną zatem  trzymam kciuki za kolejne edycje festiwalu!

Króciutkim  muzycznym  wspomnieniem  można uraczyć się oglądając poniższy filmik: https://www.facebook.com/ParkwPulawach/videos/1129675980386317/

 

 

 

 

 

 

To już kolejny rok, gdy w parku działają wolontariusze – emeryci. Cześć członków Klubu Ogrodnika na Uniwersytecie Trzeciego Wieku  wykruszyła się po roku uczestnictwa , ale mamy „nowe dusze”, a ilość chętnych do społecznej pracy na rzecz parku zdecydowanie przeszła z ilości chętnych do pracy  w intensywność zaangażowania w pracę. Ci, którzy przychodzą pracować, zadziwiają stopniem oddania pracy, precyzją, dpowiedzialnością i wkladanym w każdą wykonywaną pracę wysiłkiem oraz poświęceniem. Najbardziej „wkręceni” w projekt,   pracuja coraz więcej i intensywniej.. Na profilu „Park w Pulawach” na facebook’u  staram się dokumentować fotografiami obecnośc i  postępy w wykonywanych przez wolontariuszy prac oraz  piszę krótkie komentarze do tych zdjęć. Śledzić więc na bieżąco ich działalność w parku można zaglądając od czasu do czasu na poniższy, stale aktualizowany album: Staram się pokazać wszystko i wszystkich, ale nie zawsze udaje mi się wszystko zrejestrować, bo pracują w różnych miejscach ogrodu w tym samym czasie, a często sami, bo to tego typu pracownicy, ktorych nie tylko nie trzeba opłacać,  ale nawet nie ma potrzeby kontrolować., bowiem pracują tak dlugo jak mogą i mają siłę i czas,  zawsze najlepiej jak potrafią.

Tu link do prac wykonywanych przez wolontariuszy w tym roku:

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.1035986649755251.1073741856.545578988796022&type=1&l=b18de982bc

Na facebooku’u jest też taki album dotyczący  tego co zdziałali wolontariusze w ubiegłym roku, a działo się sporo. Wolontariusze przepracowali w 2014 i 2015 r łącznie blisko 600 „roboczo-godzin” na rzecz parku i dzięki nim Dolny Ogród, ( bo tam skupiamy swoją pracę),  zmienia się na lepsze.

Link do fotorelacji z ubiegłorocznych prac społecznych:

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.915589165128334.1073741849.545578988796022&type=1&l=a1f7b501b7

 

 

Trzeba sobie radzić z materią internetu na różne sposoby i omijać pułapki, jakie ta pomocna i przydatna skądinąd przestrzeń ze soba niesie. Od dość dawna nie  umieszczam na tej stronie zdjęć, bo wówczas dramatycznie szybko kurczy się ta przydzielona mi przestrzeń na „wordpress”, a tyle jeszcze mam nadzieję zapisać i „donieść” osobom zainteresowanym osadą pałacowo-parkową. Ale znalazlam, jak się wydaje relatywnie dobre rozwiązanie. Umieszczam  zdjęcia w tematycznych albumach na profilu „Park w Puławach” na facebook’u. I tam właśnie, można oglądać nowe zdjęcia Joanny Malińskiej, które udostępnia fanom puławskiego ogrodu historycznego ta utalentowana, wrażliwa fotografka. Zapraszam do śledzenia procesu zapelniania się albumu:

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.1089797471040835.1073741861.545578988796022&type=1&l=5819c4b3ac

 

Zapraszam do zaglądania od czasu do czasu, bo Pani Joanna, co i rusz podsyła mi swoje piekne zdjęcia, z czego się ogromnie cieszę i jestem dumna, że mam taką możliwość by je na  stronie „PWP” zaprezentować. Gdy są to portrety roślin towarzyszy im informacja na temat gatunku, byśmy wiedzieli co podziwiamy 🙂

Wcześniejsze fotografie Pani Joanny Malińskiej u umieszczone są na stronie:

https://parkwpulawach.wordpress.com/foto-blog-parkowy-autorstwa-joanny-malinskiej-copyrightjoanna-malinska/

 

 

 

 

 

Pałac Czartoryskich w Puławach po raz kolejny gościć będzie znakomitą polską orkiestrę barokową Arte dei Suonatori, której towarzyszyć będzie znany duński klawesynista Allan Rasmussen. Koncert odbędzie się dzisiaj, o godzinie 18.00 w ramach Festiwalu „Muzyka Dawna – Persona Grata” .

„Festiwal „Muzyka Dawna – Persona Grata” od 17 lat popularyzuje utwory dawnych mistrzów. Koncerty odbywają się regularnie co miesiąc w kolejnych miastach Polski a także zagranicą. W grudniu festiwal zawita do Puław z koncertem „Syn Geniusza” poświęconym najstarszemu i najbardziej utalentowanemu synowi Jana Sebastiana Bacha – Wilhelmowi Friedemannowi Bachowi. To jego utwory zagra najlepiej rozpoznawalna na międzynarodowej scenie muzycznej polska orkiestra barokowa orkiestra Arte dei Suonatori ceniona za wysoki poziom i niezwykły kunszt wykonawczy.

W programie:
– Sinfonia F-dur, F. 67
– Koncert klawesynowy D-dur, F. 41
– Koncert klawesynowy e-moll, F. 43

Organizatorem grudniowego koncertu w ramach Festiwalu „Muzyka Dawna – Persona Grata” jest przez Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym Oddział Muzeum Czartoryskich w Puławach. ”

(ze strony :

http://www.kazimierzdolny.pl/news/syn_geniusza_w_pulawach/28274.html)

Przez kolene sezony wegetacyjne walczyłam jak Don Kichot z wiatrakami w Dolnym Ogrodzie. Otrzymałam w tym czasie gorzką lekcję życiową, ale mimo wszystko, staram się patrzeć z ufnością w „nadziejną przyszłośc”.  Opornie idzie zmienianie nastawienie tych, którzy teoretycznie powinni wspierać działania mające na celu przywrócenia urody chociażby fragmentowi historycznego ogrodu.  Jednak, mimo wszystko oceniam ostatnie zmiany na plus. W utrzymanie Dolnego Ogrodu zaangażowała się zdecydowanie bardziej niż kiedykolwiek,  szkoła mająca tam swoją siedzibę. Dyrektor zdecydował,  że uczniowie  I Gimnazjum dla Młodzieży z Oddziałami Przysposabiającymi do Pracy czasami grabią liście, koszą trawniki i realizują różne wyznaczone im zadania, w zakresie w jakim im się uda, ale to dużo lepsze niż nic. Pod nadzorem nauczycielki starają się prowadzić cięcia pielęgnacyjne krzewów, czy wykonują rozliczne prace porządkowe, wspierając przy tym działania wolontariuszy.  Kto zaglądał do tej częsci historycznego ogrodu, wie,  że pozytywnych zmian, szczególnie w czasie tego roku, jest dużo. Połowa trawnika (ta koszona przez szkołę)  pierwszy raz od kilku lat miała przyzwoity wygląd przez cały sezon wegetacyjny. IUNGowi nie udało się uporać z pozostałą częscią, ale w krytycznym momencie przyszli na pomoc wolontariusze. Bo właśnie wolontariusze  zwerbowani na puławskim Unwersytecie III Wieku stanowią najwspanialsze „zjawisko” w parku, jakie mogło się przydarzyć!. Najwytrwalsi przychodzą prawie w każdym tygodniu do pracy i w ten sposób dają niezwykłą motywację do działań młodzieży z  tej specyficznej szkoły. Myślę, że akurat dla nich, są najlepszym przykładem, jaką postawę można przyjąć w życiu. Postawę, której chyba nie znali. Uroczy, dojrzali  ludzie, którzy dobrowolnie poświęcają swój czas, by zmienić połacie porośnięte chwastami w kwietne klomby, a zaniedbanym krzewom przywrócić ich urodę działają (jak się okazuje) na młodzież inspirująco. Nasz najstarszy wiekiem i stażem w pomaganiu, wolontariusz, Pan Wolski,  nie może się nadziwić, że tylu podobnych do niego zapaleńców znalazłam – do niedawna kręcił głową na moje wizje parku pod opieką wolontariuszy mówiąc,   „oj, to się nie uda” – a teraz i on zaczyna patrzeć w przyszłośc z większą nadzieją.

W albumie fotograficznym profilu „Park w Puławach” na facebook’u umieszczam zdjęcia z kolejnych dokonań wolontariuszy. Zachęcam, by zobaczyć, co robią:

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.915589165128334.1073741849.545578988796022&type=1&l=4ff49fbd4a

Nie tylko pracują, przynoszą własne rośliny na matecznik, używając własnych narzędzi etc, etc.. Dają przkład, że „to się może udać”! 🙂

Jak mówi bodajże chińskie przysłowie  „Ci  którzy twierdzą, że coś jest niemożliwe nie powinni przeszkadzać tym, którzy właśnie to robią”.  Ileż ja się nasłuchałam, że jestem ciężko naiwna, sądząc, że znajdę takich podobnych do siebie „szaleńców i głupców” , którzy poświęcą swój czas, pieniądze i wysiłek by w parku było ładniej. Sceptycyzm – to najdelikatniej ujmując reakcja ludzi na moje wizje, że Puławiacy sami będą dbać o park, że mogą to zrobić, że potrafią i że efekt może być docelowo porównywalny z zadbanymi historycznymi ogrodami. Że jestem z natury marzycielką, to myślę sobie, że z czasem, gdy efekty  pracy naszej małej grupy wolontariuszy, zaczną być widoczne, może znajdą się „poważni” (tzn. z duża gotówką 🙂 ) sponsorzy, którzy pomogą zrealizować większe wyzwania finansowe  (np. zakup kosiarki) czy nawozów, a potem systemu nawadniania, czy monitoringu  etc.. Wśród okolicznych szkółkarzy wiem, że znajdą się potencjalni hojni darczyńcy, gotowi  nieodpłatnie przekazać parkowi materiał szkółkarski do nasadzeń. Brakowało do tej pory możliwości wykorzystania takich obiecanych darów. Bo ktoś musi przygotować miejsce do sadzenia, ktoś musi te rośliny posadzić, potem zadbać o nie po posadzeniu, by ich chwasty nie zarosły lub by po prostu nie uschły. Musimy zapewnić darczyńców, że ich  rośliny nie zostaną zmarnowane i by w kolejnych latach, ofiarodawcy czy sponsorzy, czuli satysfakcję patrząc na upiększony ich roślinami zakątek,  a nie żałowali  swego gestu patrząc na zmarnowane  rośliny.  Osobiście, poważnie obawiam się,  że  świeżo posadzone rośliny  pozbawione chociażby ochrony w postaci zamkniętych furtek i bram po zmierzchu, bez nadzoru zostaną przez naszych miejscowych zwolenników pozyskiwania roślin za darmo rozkradzione.  Może jak posadzi się jednorazowo kilkaset egzemplarzy to starczy i dla złodziei i dla parku?   Przytoczę tu  historię nasadzenia publicznego, po wymianie  nawierzchni chodników  na ul  Piłsudskiego, Jeżdżąc  codziennie  tą ulicą patrzyłam ze zgrozą, jak giną i znikają  w oczach  posadzone wzdłuż  chodnika krzewy ozdobne. Tam to była złotolistna odmiana Pęcherznicy kalinolistnej, której nie zapewniono podlewania po  posadzeniu. Sama widziałam nobliwego pana, który w biały dzień wyrwał i włożył sobie do torby taki mały krzaczek. Że mam naturę, jaką mam, zahamowałam  z piskiem opon i wrzasnęłam do mężczyzny, co czyni!? On mi na to  odparł, że „ratuje ten krzew przed uschnięciem” . Zamilkłam, bo przyznałam mu ze smutkiem rację.  Dziś nie ma na tej ulicy (odcinek od skrzyżowania z ul. 4-go Pułku Piechoty i ul. Piaskową)  tych krzewów, chociaż my jako podatnicy zapłaciliśmy za upiększenie jej poboczy. „Świadectwem”  tego nasadzania  jest kilka tych krzewów, które przetrwało na wysokości parkingu przy „Biedronce” – tam najtrudniej było dyskretnie „podprowadzić”  młode krzewy.  Bo tam ludzi najwięcej i najdłużej oświetlone po zmroku.

Gdy przestano wreszcie blokować  inicjatywę, by zwerbować wolontariuszy  na Uniwersytecie Trzeciego Wieku,   widać , że jest to „strzał w dziesiątkę”.  To jest środowisko ludzi, którzy już od dawna udzielają  się społecznie. Są tam ludzie wspomagający pracę Hospicjum, Domów Opieki.  Ludzie mający chęć poświęcenia swojego czasu  dla innych. Nie ma „najemnego” pracownika, który by pracował z podobnym zaangażowaniem, starannością i wysiłkiem jak wolontariusz.  Na razie skupiamy swój wysiłek na Dolnym Ogrodzie, bo to fragment parku, który jest najmniej „zapuszczony”, gdyż  dopiero od kilkunastu  lat zaniechano jego pielęgnacji. Przez  długi czas, największa ilość  pracowników IUNG  pracowała właśnie w tym  rejonie, a odgrodzenie tego terenu od złodziejaszków  chroniło długi czas sadzone tam rośliny ozdobne. I teraz ten teren traktujemy jak matecznik roślin ozdobnych, które z czasem pojawią się (mam nadzieję)  w terenach otwartych dla spacerujących po parku.

A oto zdjęcia z ostatniej „akcji”  studentek. Pani Alicja, Bożena, Jadwiga i Maria –  posadziły 60 krzewów róż. Przedtem musiały przekopać, oczyścić  ze śmieci i chwastów ziemię. Nauczyły się przy okazji, jak ciąć krzewy róż w trakcie sadzenia.

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.908330779187506.1073741848.545578988796022&type=1&l=fb7ece935b

Od tygodnia ,w sumie, w Dolnym Ogrodzie pojawiło się 90 krzewów róż, które ofiarowała parkowi pani Eliza Wojczakowska. I to podobno, jeszcze nie ostatnie słowo tej Pani w sprawie róż :-). Wypada tylko podziękować i się cieszyć !