Category: muzeum Czartoryskich w Puławach


Przyznaję się,  bez bicia, że ten wpis  jest w dużej mierze,  powtórzeniem poprzedniego wpisu na blogu, który powstał sprowokowany faktem, ujawnienia w lokalnej prasie i Internecie,  niezrozumienia elementarnych prawd, na temat puławskiego ogrodu historycznego.  Nie zagłębiając się, w tamtą historię, na okoliczność kapitalnego obrotu sprawy, jakim jest zakup przez „miasto”  Pałacu Marynki, zdecydowałam się ponowić cześć wpisu, dotyczącą  właśnie tego Pałacu, jako dźwigni przedsięwzięcia,  docelowo spójnego, dochodowego i prestiżowego, jakim może być, zrewitalizowany historyczny ogród puławski.  Najcenniejszy turystycznie skarb, jaki posiadają Puławy, który od wyjazdu Książąt Czartoryskich nie jest należycie  zarządzany, utrzymywany ani wykorzystywany,  ma ogromny, niespożytkowany dotąd potencjał „koła zamachowego” napędzającego  turystykę, na skalę, która  może wreszcie generować istotne budżetowo wpływy.

Parę truizmów tytułem usprawiedliwienia, czemu publicznie głos zabieram. Ludzie różnią się wiekiem, wiedzą, doświadczeniem.  Odwiedzamy różne miejsca na świecie, odnosimy  inne wrażenia. Dzięki temu, nasze myśli są unikalne.  Możliwość wyrażenia naszych idei i skonfrontowania ich z pomysłami innych jest jedną z najcenniejszych zdobyczy cywilizacyjnych ludzkości. Co dwie głowy, to nie jedna, a co dopiero, gdy tych mądrych głów będzie więcej?  Czasem, samemu trudno wpaść na rewolucyjnie proste rozwiązanie, a po rozmowie, wysłuchaniu argumentów innych,  pojawia się … Eureka! Czasem, przeciwnie, ktoś nam uświadomi istnienie przeszkody, której w naszych spekulacjach nie uwzględniliśmy. Nie mam patentu na nieomylność, to oczywiste. Co więcej, pewne jest,  że nikt jej nie ma, ale lepiej 10 razy coś  przedyskutować, wysłuchać opinii dziesiątej i setnej osoby, niż podejmować działania, pakować publiczne pieniądze w nieprzemyślane projekty, które nie mają prawa sprawdzic się w praktyce.  Poza tym, z racji obowiązków służbowych, świadoma jestem,  nie zawsze powszechnie oczywistych ograniczeń,  jakie stoją na drodze planów i projektów, które zawsze docelowo muszą mieć zgodę od konserwatora zabytków. Wiem, jakie pomysły nie mogą być w naszym parku zrealizowane. Ponadto, że sprawa rewitalizacji parku, spędza mi sen z oczu od wielu lat,  poświęciłam już na modelowanie różnych wariantów  organizacyjnych dla parku i analizę sposobów rozwiązań wynikających z nich trudności, setki godzin. Mocną stroną moich przemyśleń, jest to, że zwiedziłam wiele słynnych historycznych ogrodów, w których na bieżąco porównywałam i odnosiłam zastosowane tam rozwiązania, do naszego parku,  więc może warto wziąć pod uwagę, moje doświadczenia i wnioski.

Powtarzam przy każdej okazji, że wg wytycznych konserwatorskich, puławski kompleks pałacowo -parkowy powinien być, ze względu na rangę zabytków, jakie się w nim znajdują, udostępniany jedynie na zasadzie „ograniczonego i kontrolowanego dostępu”. Inaczej być nie może, bo tak też stanowi tzw. „Karta Florencka”,  jeden z doktrynalnych dokumentów Narodowego Instytutu Dziedzictwa  -czyli „Międzynarodowa karta ogrodów IFLA-ICOMOS”.  Szerzej na temat fatalnych konsekwencji zamiany ogrodu Księżnej Izabeli w ogólnodostępny park miejski pisałam już wcześniej, w sumie większość z nas jest tego świadoma,  więc nie ma sensu tego powtarzać.   Teza, że skuteczne ogrodzenia nic nie dadzą,  jeśli „społeczeństwo jest niedostatecznie wyedukowane” przeczy faktom i statystyce. Wystarczy spojrzeć na otoczenie Domku Greckiego,  zamykane od wielu lat, po godzinach pracy biblioteki miejskiej. Tak jaskrawego dowodu na to, jak skuteczne ogrodzenie terenu, wpływa na stan zachowania inwestycji, nie da się zignorować i negować.  Gdyby w istocie, szczelne i trudne do sforsowania ogrodzenia nic nie dawały,  to nikt by płotów, ani też systemów alarmowych i monitoringu nie zakładał, licząc na „wyedukowanie” nieedukowalnych.  Ten, być może nawet niewielki procencik społeczeństwa, zawsze jednak w nim obecny,  zepsuć potrafi całej reszcie,  przyjemność życia w  estetycznym otoczeniu.  O niedostatecznej skuteczności tejże edukacji i uświadamianiu ogółu społeczeństwa nie warto w tym miejscu dyskutować. Jeśli  chodzi o wandalizm w Puławach, to jest  jak jest i  jak  drzewiej było i nie zanosi się na istotne zmiany w tym temacie. Nie bez przyczyny Księżna zmuszona była instalować dodatkowe kraty w Sybilli i furtki na mostkach!  Fakty są bezdyskusyjne i niezaprzeczalne,  szkoda wręcz czasu na miałkie dywagacje,  Mamy porażająco  niski (porównywalny chyba  z krajami w Afryce) czas tzw. „utrzymania w dobrostanie”, jakichkolwiek inwestycji publicznych, pozostawionych bez nadzoru, do nieograniczonej dyspozycji społeczeństwa. Z tym problemem musimy się zmierzyć.

Korzystając z tego, że kilka osób zechce zapoznać się z tym tekstem, pragnę Państwu przedstawić wynik własnych przemyśleń,  propozycję pod rozwagę,  na nową formułę dla puławskiego „parku”, która w mojej ocenie, ma realną szansę zapewnić nie tylko przetrwanie obiektu, ale też przywrócenie i trwałe utrzymanie jego świetności, z korzyścią dla mieszkańców Puław.  Staram się uwzględnić.  przy tym rozsądny, „rynkowo-biznesowy”  wymóg  jakiegoś  zwrotu  nakładów publicznych pieniędzy, bo utopijne socjalistyczne podejście do tematu, jak wiemy nie sprawdziło się przez ostatnie dziesięciolecia i należy z tym definitywnie skończyć.  Jaskrawą konsekwencją  niefrasobliwości i przesadnego optymizmu była konieczność dwukrotnego wydania pieniędzy podatników w skandalicznie krótkim czasie, na kolejny remont dachu Domku Aleksandryjskiego, po tym jak,  z dymem poszła gotówka na  generalny remont tegoż samego dachu na budynku, znajdującym się w całodobowo dostępnym parku. W konsekwencji braku realnego, ciągłego nadzoru  i praktycznie  nieograniczonego dostępu, Domek jak wiemy, został podpalony przez meneli i w sprawie restauracji zabytku wrócono do punktu wyjścia, a nawet cofnięto się dalej. Na takie wydawanie naszych pieniędzy nie powinno być zgody!

Niewypowiedzianą radość sprawiła mi  decyzja Rady Miasta o  wykupieniu od Instytutu Ogrodnictwa Pałacu Marynki.  Oczywistym było, że dotychczasowy właściciel nie był zainteresowany rewitalizacją pałacyku, ani wykorzystaniem jego fantastycznego położenia jako najefektywniejszej, turystycznej reklamy puławskiego zespołu pałacowo-parkowego.  Nie mam pretensji, bo nie jest to statutowym zadaniem Zakładu Pszczelnictwa, z którego dotychczasowi właściciele – naukowcy byliby  „rozliczani”.         Gdyby doszło do tego, że Pałacyk zostałby wykupiony przez prywatnego inwestora, dużo trudniej byłoby „przymusić go” do działań dla dobra lokalnej społeczności, a tak, mamy raczej gwarancję, że to będzie priorytetem nowego właściciela.

Jak od dawna powtarzałam, wykupiony na własność dla  „miasta” Pałacyk Marynki stanowi jedyną logiczną podstawę stworzenia spójnego, turystycznego programu w obrębie osady pałacowo-parkowej.  Szczęśliwie doczekałam tej chwili i mam nadzieję, zobaczyć  spełniającą się wizję przywróconego do świetności ogrodu krajobrazowego, którego sława, w czasach Księżnej Czartoryskiej, miała zasięg światowy!

Rockefeller mawiał, że trzy czynniki decydują o powodzeniu przedsięwzięcia. Po pierwsze, drugie i trzecie to… lokalizacja! A tą, Pałacyk Marynki ma wymarzoną, To obok niego, tysiące potencjalnych „klientów” suną jak zaprogramowane zombie do Kazimierza, jak dotąd nie dostrzegając zapuszczonej perły architektonicznej, z niesamowitą historią w tle. Wyjątkowej urody zabytek, po wyremontowaniu, właściwej iluminacji i ogarnięciu zieleni będzie najlepszą z możliwych reklam całego kompleksu pałacowo-parkowego.

Jadący tłumnie do Kazimierza Dolnego ludzie, w „trybie weekendowo- urlopowym”,  gdy na swojej trasie nieomal „potkną się” o tablicę z informacją-  „TU jest parking, TU jest miejsce, z którego możesz zacząć zwiedzanie ogrodu Księżnej Izabeli Czartoryskiej, ” gdy nie wymaga się od nich, wysiłku, błądzenia, kluczenia, szukania miejsc postoju i wejścia,  w 9 przypadkach na 10, staną, Jeśli oczywiście bez kłopotu zaparkują. Bo cóż tracą?  Widoczna z samochodu tablica,  z kilkoma najpiękniejszymi ujęciami z parku, zabytkowych wnętrz,  kolejna bardziej szczegółowa na parkingu, z historią o związku Puław z najgłośniejszą kolekcją muzealną Polski i konkretna oferta turystyczna, zrobi swoje.

I tu dochodzę,  do  koncepcji, „odwrócenia ruchu turystycznego” autorstwa  pierwotnego składu ekipy pracującej nad powołaniem Fundacji Wspierania Historycznego Ogrodu Puławskiego, która zakładała, że strefa parkingowa dla autobusów i samochodów osobowych, powstanie właśnie obok Pałacu Marynki, na placu, który zresztą wg obecnie obowiązującego planu zagospodarowania miasta, przeznaczony jest chyba na cele turystyczne, a który od dawna zajmują jakieś składy, szopy etc.  Na szczęście nie wybudowano tu niczego, co byłoby problematyczne z punktu widzenia  konieczności stworzenia tu kompleksowego  centrum obsługi turysty, a przede wszystkim dużego parkingu. Co więcej, na tym obszarze, jesli doczekamy się boomu turystycznego jest możliwość rozszerzenia w razie potrzeby strefy parkowania  o drogę dojazdową do RZD -Kępa. Teren należy do IUNG, a jego władze też są zainteresowane dobrostanem całego zabytkowego kompleksu, którego lwiej części są właścicielem, Wspólnota interesów, powinna wreszcie doprowadzić do konsensusu w sprawie ponoszenia współodpowiedzialności za utrzymanie i zabezpieczanie przestrzeni zabytkowego ogrodu i znajdujących się w nim zabytków. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje, to wiedzą nawet dzieci!

Stąd, z parkingu za Pałacem Marynki,  po zakupieniu biletów, turyści będą mogli rozpoczynać spacer w kierunku pałacu – najlepiej widokową trasą wzdłuż Łachy, po stronie Kępy, (pierwszy oficjalny,  biletowy checking point- na moście)  bo warto najpierw rozbudzić zainteresowanie niezwykłymi budowlami pokazanymi z daleka i dać szansę przyjezdnym  docenić krajobrazowy charakter ogrodu.   W oznakowanych punktach widokowych – koniecznie ławeczki do kontemplacji urody miejsca! (vis a vis Marynek, mostku, sarkofagu, Sybilli, grot, pałacu)  Po zrobieniu pętli, w czasie której, turyści  „zaliczaliby” kolejne obiekty: Domek Chiński, Pasaż Angielski, Domek Aleksandryjski, Kaplicę (z widokiem na Górę Puławską), Pałac (obowiązkowo z widokiem z Sali Gotyckiej na pradolinę Wisły), z rzuceniem okiem na dziedziniec przedni z fosą i Kordegardami. Dalej spacer wzdłuż skarpy z kontemplacją widoków, a następnie Świątynia Sybilli, Dom Gotycki, Brama Rzymska, (z widokiem na Głęboką Drogę i Domek Grecki). Potem zeszliby w kierunku sarkofagu  i przez mostek na Dzikiej Promenadzie, wracaliby do  Pałacu Marynki.   Trasa obfitująca w atrakcje, spacer długi, to jest i szansa na pobudzenie apetytu, z czego skorzystać mogłaby rozwinięta na terenie osady działalność kawiarniano-gastronomiczna. Czy to na bazie istniejących już knajpek i restauracji, czy w miarę wzrostu zapotrzebowania, w nowych punktach powstałych w niewykorzystanych zabytkowych wnętrzach.  O punktach sprzedaży pamiątek, obrazów, książek etc. tylko wspomnę…

Po „zaliczeniu” całej trasy, potencjalnie nakarmieni, turyści  wracaliby do aut i podążali dalej do Kazimierza czy Warszawy. Zwiedzać drugi raz nie będą tak szybko, (chyba, że uda nam się stworzyć bezpieczną przestrzeń dla czasowych  wystaw plenerowych) ale na sam spacer, pyszną zupę w Samotni czy szarotkę w innym klimatycznym miejscu mogą chcieć wpaść ponownie czy polecić innym. Tym bardziej,  że właśnie i tak po drodze! Zwłaszcza, przy cenach tak różnych od Kazimierza czy Warszawy.   Uważam, że z punktu widzenia logistyki ten plan ma „ręce i nogi”.   W okolicach Pałacu Marynki,  razem  z poborem opłat parkingowych, powinien być  zlokalizowany punkt sprzedaży biletów z mapką z trasą do przejścia, (z zaznaczonymi pobliskimi knajpkami etc.) z biurem przewodników, z zapleczem sanitarnym czy sklepikiem z pamiątkami itp.   Namiastką tamtego zarzuconego projektu, jest obecny parking dla autobusów przy Samotni i kuriozalna lokalizacja publicznych szaletów nieomal vis a vis  Pałacu Marynki. Obecnie, turyści, w licznych „autobusowych”  grupach zmuszeni są do wędrówki wąziutkim chodnikiem w górę ulicy Głębokiej, co nie jest dla nich ani wygodne, ani bezpieczne i jest czystą stratą czasu i energii,  bo powinni iść już przez historyczny ogród. Co najgorsze, przez brak spacerowej trasy widokowej wzdłuż Łachy, tracą to co stanowi kwintesencję puławskiego ogrodu Księżnej Izabeli- niezapomniane widoki!

Contra facta non valent argumenta! 

Wbrew sugestiom komentujących „sceptyków” niepotrzebny jest drut kolczasty pod napięciem i inne „śmiałe” pomysły. O finansowaniu utrzymania parku pora zacząć trzeźwo myśleć i nie bać się rozmawiać, jeśli do  znienawidzonych, bo przymusowych „prac społecznych”  nikt nie chce wracać. Nie było dotąd, ani nie zanosi się na to byśmy mieli w Puławach wieczystego sponsora do nieustannego usuwania śladów działalności wandali  i  ani finansowania ogrodniczej pracy na takim areale.

Tu  nie ma co „wyważać otwartych drzwi”. Trzeba skorzystać z istniejących i sprawnie działających na świecie rozwiązań i skompilować z nich taki wariant, który najlepiej się sprawdzi w naszej sytuacji. Na przykład, można by tak to zorganizować, że na każdym oficjalnym wejściu wisiałaby tablica z  informacją o godzinach otwarcia parku uwzględniającą okres, gdy zmierzch zapada wcześniej oraz informacja, że bezpłatny wstęp jest dla okazicieli identyfikatorów, które byłyby wydrukowaną kartą wstępu, ze zdjęciem i kodem prążkowym przysługującą każdemu mieszkańcowi Puław.  „Miasto” przećwiczyło już  wydawanie elektronicznej „puławskiej karty dużej rodziny” – to i z tym problemem sobie doskonale poradzi!  Informacja na tablicach przy wejściu, precyzowałaby,  że  tak jak w pociągu – bilet w kasie kosztuje tyle a tyle, lecz może być tez wydany w parku, jednak w odpowiednio wyższej cenie. (Powyższe informacje, wraz z mapką z rozmieszczeniem zabytków i wytyczoną trasą do przejścia musiałyby być opublikowane na stronie internetowej muzeum – aby nikt nie był zaskoczony po przyjeździe i był uprzedzony gdzie może postawić samochód  i co robić dalej. Teraz przecież każdy planujący zwiedzania zaczyna od sprawdzenia takich informacji przed wyjazdem w Internecie.)  Do kontrolowania posiadania biletu lub karty upoważnieni byliby pracownicy muzeum, strażnicy i ewentualnie wolontariusze z identyfikatorami, oni też mogliby wypisać w parku taki droższy bilet, dla tych, którzy spacerowaliby bez takowego.  Chcemy i tak nastawiać się na zyski wyłącznie z turystów, tak? Więc jedna bramka z oficjalną kontrolą biletów na mostku na Łasze, druga, np. przy wyjściu z parku na dziedziniec Pałacu Marynki.  Do samochodów turyści jakoś wrócić muszą :-).  Puławianie wchodzą jak dotychczas, przez wszystkie inne wejścia w godzinach otwarcia parku, lecz mają zawsze przy sobie identyfikator –kartę do wyrywkowej kontroli. Tyle niedogodności dla miejscowych! Wprowadzić, nauczyć i egzekwować – kontrolować wyrywkowo spacerujących po parku, niestosujących się do reguł gry, próbujących się wycwanić  turystów  „kasować” z tą nieco wyższą kwotą, a miejscowi  nauczą się przychodzić z identyfikatorem do parku by uniknąć tłumaczenia się przed „kontrolerem”. Oczywiście pierwszym krokiem, musi być uszczelnienie ogrodzenia ogrodu. Normalni turyści przecież nie będą się z dziećmi i babciami przedzierać przez płoty czy mury. Wprowadzić i egzekwować regulaminowe  kary, dla tych, którzy znajdą się po zamknięciu ogrodu na terenie parku, nawet, jeśli nie zostali złapani na „gorącym uczynku” niszczenia czegokolwiek, aby oduczyć hulaszczych  zachowań.  Oczywiście by mieć statystycznie istotną wykrywalność takich przypadków, podstawową inwestycją będzie zainstalowanie skutecznego monitoringu (kontrola  obrazu z monitorów on-line i ekipa krzepkich w nogach, cichych, silnych  i niestrachliwych ochroniarzy, premiowanych za schwytanie chuligana).

Na początek, trzeba wyciąć trochę samosiewów by otworzyć zarośnięte „okna widokowe” czyli przywrócić to co najistotniejsze w ogrodzie krajobrazowym, wytyczyć  trasy i o te trasy zadbać w pierwszej kolejności. Tam gdzie trzeba,  wyrównać ziemne alejki, by nie było drastycznie nierównych odcinków, na których potykaliby się spacerujący. Trzeba wykonać takie niezbędne prace, jak odmalowanie  zasmarowanych bazgrołami ścian Bramy Rzymskiej (jak nas stać będzie – remont konserwatorski)  czy oczyszczenie z napisów ceglanych murów, remont ceglanej kładki na Dzikiej Promenadzie.  Gdy park będzie zamknięty i skutecznie kontrolowany, nie będzie w nim tyle co dzisiaj śmieci, zresztą  spacerujący kontroler, może (i powinien) być wyposażony w  chwytak do śmieci i worek, by na bieżąco zbierać po flejtuchach. Teraz, w walce o stypendium, pracę,  młodym zależy by mieć co wpisać w swoje C.V,  a  praca w charakterze wolontariusza jest mile przez pracodawców widziana. Należałoby  więc stworzyć  takie warunki, by móc skorzystać i z takiej pomocy w nadzorowaniu  i utrzymaniu parku. I promować i nagradzać takie zaangazownie młodych w lokalnych mediach oraz  ich szkołach. Muszą  też pojawić się większe ilości  koszy na trasach, aby nie dawać pretekstu do rzucenia śmieci w krzaki, gdy nie będzie kosza. Ławki też oczywiście. Gdy nie będą non stop niszczone, będą służyły dłużej i będą wyglądały lepiej. O resztę Dzikiej Promenady będzie można zadbać trochę później, gdy park zacznie na siebie zarabiać. Jeśli okaże się, że potrafimy wyeliminować nieproszonych gości i kontrolować  zachowanie tych, którzy są w ogrodzie, można przejść do kolejnego etapu –   tworzenia punktów z zielenią ozdobną  w miejscach, w których docelowo powinny stanąć elementy małej architektury obecnie pochowane przed wandalami. Jeśli zieleń będzie rosła bez „przygód”, to znaczy nikt nie będzie jej niszczył, ani rozkradał,  można zaryzykować i rozpocząć proces relokacji  elementów  małej architektury w miejsca, skąd zostały zabrane,  by uchronić je przed chuliganami. Rozpocząć ten proces, należy  od tych  zabytków, które potencjalnie najmniej będą zagrożone aktem wandalizmu, z od razu instalowaną, ukrytą, przenośną kamerą, Gdyby system już działał i nie było żadnych incydentów świadczących o grożącym ruchomemu zabytkowi niebezpieczeństwie, stopniowo przywracać ogrodowi kolejne elementy. Jeśli nie, to zakładając zarejestrowanie przestępstwa nagłośnić sprawę, jeśli udałoby się sprawcę schwytać na gorącym uczynku i tak do skutku, do wyeliminowania takich incydentów i nauczenia miejscowych przygłupów, że chuligańskie ekscesy w tym miejscu nie są bezkarne.

Sposobów finansowania utrzymania parku trzeba szukać na wszelkie sposoby. Kiedyś IUNG, wykonywał własnymi środkami jakieś prace, remonty, później zwracał się o refundację do instytucji zajmujących się opieką nad zabytkami i z reguły dostawał te kwoty, o które wnioskował. Ostatnie lata to pozyskane granty z UE. Jeśli przyjdzie się zmierzyć z samodzielnym finansowaniem to musimy być na to jak najlepiej przygotowani i dobrze byłoby, żebyśmy nie musieli znowu zaczynać od zera,  jak wtedy gdy podpalono Domek Aleksandryjski. Dlatego tak ważne jest skuteczne wyeliminowanie wpływu wandali na utrzymanie  dobrostanu zabytkowego ogrodu. A im więcej pieniędzy „z turystów” będzie do dyspozycji, tym więcej dla parku będzie można zrobić, więc docelowo to właśnie mieszkańcy Puław skorzystają na tym najwięcej, gdy będą mieć do dyspozycji zadbany obiekt.

To oczywiście, jedynie propozycja do rozważenia, przedstawione rozwiązania mają jednak tę zaletę, że poszczególne elementy tego planu widziałam już wdrożone w życie, w różnych krajach,  niektóre nawet w Polsce i działały bez problemów i niosły za sobą oczekiwane efekty, których sobie i wszystkim zainteresowanym przywróceniem świetności historycznych Puław, życzę. Mam nadzieję, że w niejednej „mądrej głowie” udało mi się uruchomić  wyobraźnię i lawinę przemyśleń,  której owocem będzie wypracowany spójny projekt rewitalizacji osady pałacowo-parkowej i  przyszłego rozwoju turystycznego Puław.

PS

Jeśli zainteresował Cię temat, lecz jesli masz wątpliwości co do tez zawartych w tym tekście, to proszę zerknąć też na wpis: Trudna sztuka czytania ze zrozumieniem.

 

 

 

 

 

 

Reklamy

      Należę oczywiście do wielbicieli historycznego ogrodu puławskiego, w przeciwieństwie jednak do większości obywateli naszego miasta, miałam okazję zwiedzić wiele angielskich  ogrodów krajobrazowych na których wzorowała się Księżna Izabela Czartoryska. Moje podróże odbyły się w latach  80-tych i  90-tych ubiegłego stulecia i od tamtego czasu zupełnie innymi oczami patrzę na to, co niegdyś było wybitnym ogrodem romantycznym, a przez lata zaniedbań zostało  zdegradowane do porośniętego samosiewami terenu wokół pałacu, niemającego  wiele wspólnego z ogrodem starannie zaprojektowanym, którego największym atutem było jego położenie, gwarantujące niezwykłe widoki na rozległy krajobraz;  obfitującego co prawda w  interesujące architektonicznie budowle, w którym jednak trudno bez irytacji spacerować, gdy wokół wszędzie śmieci i ślady po działaniach wandali.

Wiem, że zabierając publicznie głos w tej sprawie, narażam się na falę „hejtu”, mimo tego uznałam, że dalsze bierne czekanie na rozwój wydarzeń, oznacza  milczącą zgodę na puławski syndrom niemocy, prowadzący europejskiej klasy dzieło romantycznej sztuki  ogrodowej jakim był ogród Księżnej Izabeli Czartoryskiej i znajdujące się w nim zabytki,  w stronę ciągłej i nieuchronnej dewastacji.  Mam bowiem nadzieję, że większość zwolenników otwartego parku, będących świadomymi obywatelami naszego miasta, jest nimi głównie  dlatego,  że  nie zdaje sobie sprawy,  co z powodu tej dostępności  stracili  już  bezpowrotnie  i że lektura tej  bezlitośnie długiej wyliczanki doprowadzi ich do zmiany poglądów. Mylić się, jest przecież rzeczą ludzką, głupotą jest jednak uporczywe trzymanie się  źle obranej drogi. Wiem, że jestem stronnicza w swoich poglądach, ale  bronić prawa do „relaksowania się po swojemu” chuliganów i wandali nie zamierzam!

Kilkanaście lat temu, jeszcze w czasie spotkań, na których pracowaliśmy nad  powołaniem Fundacji Wspierania Historycznego Ogrodu Puławskiego, sugerowałam ówczesnej dyrekcji IUNG, że wprowadzenie powszechnie stosowanych na świecie rozwiązań w postaci skutecznego ogrodzenia całego  terenu ewidentnie podniosłoby trwałość wszelkich  inwestycji w parku. Czy to w zakresie utrzymania efektów  renowacji zabytków, czy inwestycji w elementy wyposażenia parku;  takich jak: ławki, kosze, oświetlenie itp., (estetycznego, spełniającego wymogi konserwatorskie, a przez to odpowiedniej jakości i co za tym idzie, najdroższego). Wreszcie, można by pozwolić sobie na wprowadzanie nowych nasadzeń z roślin ozdobnych z mniejszą obawą, że zaraz zostaną rozkradzione, jak to się często działo w parku i dzieje w  mieście.  Jednak i wtedy i teraz, gdy wspomni się o najoczywistszym i sprawdzającym się w praktyce sposobie chronienia zabytków  naraża się lokalnej społeczności przyzwyczajonej przez ostatnie dziesięciolecia do komfortowego dla wszystkich, swobodnego, absolutnie nieograniczonego dostępu do parku. Tymczasem, na świecie od dawna stosuje się grodzenie cennych, czy historycznych ogrodów.

Trzeba mieć świadomość tego, że „okres błędów i wypaczeń” teoretycznie przynajmniej, mamy już za sobą, i że w Polsce, w innych miastach,  po latach socjalistycznego podejścia do „państwowego czyli niczyjego”  w tej sprawie następuje zmiana!  Warto wiedzieć, że np. powstały równolegle z puławskim ogrodem, ogród w Arkadii, który do końca upadku socjalizmu w Polsce był w dużo gorszym  stanie utrzymania, teraz, po bardzo skromnej renowacji i elementarnym ogarnięciu zieleni, został skutecznie ogrodzony, a wstęp do niego jest płatny, nawet dla towarzyszącego człowiekowi psa. Miło popatrzeć jakiej metamorfozy doznał tamten park i tego tylko puławskiemu ogrodowi życzyć mogę.  W  Arkadii nie ma już śmieci, ani jaskrawych malunków na rzeźbach i murach, chwasty są wykoszone, choć długa przed nim jeszcze droga do odzyskania świetności, to proces degradacji obiektu tam już się zakończył. Dzięki podjęciu słusznej decyzji, nie drepczą tam w miejscu odmalowując ciągle tę samą ścianę, lecz przywracają w nim  to, co  niegdyś  zostało zniszczone. Wykonano już rekonstrukcję grobowca Cecylii, w którym złożono  kopię rzeźby, przed laty wywiezionej z ogrodu z tego samego powodu, z jakiego znikają ruchome zabytki z naszego parku.

Mało kto wie, że przed II wojną i (w czasie okupacji)  funkcjonował system kart wstępu do parku w Puławach. Było to możliwe, gdyż poza murem i linią Łachy, wszelkie furtki i bramki były zamykane, a na mostku ze  śluzą na Łasze była również zamykana bramka.  Mamy zdjęcia z parku z tego okresu i nie jest to tak, że wtedy park był jakoś szalenie zadbany. Porastało go więcej drzew, ale już wtedy lwia część to były samosiewy lub nieprzemyślane nasadzenia, które szybko zatarły osie widokowe i zniszczyły koncepcję kompozycji ogrodu.

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.551109104909677.1073741829.545578988796022&type=1&l=c24bcc7f98

Czy moja wypowiedź z podsumowaniem realnych strat i potencjalnych zysków będzie wstępem do merytorycznej dyskusji i przyczynkiem do wprowadzenia rozsądnego rozwiązania, czas pokaże.Pamiętajmy jednak, że odpowiedzialni  jesteśmy nie tylko za to, co robimy, ale także za to, czego nie zrobiliśmy, czego zaniechalismy. Przyszłość i wnuki nasze  zweryfikują słuszność decyzji podjętych, lub nie, przez współcześnie odpowiedzialnych, za polskie dziedzictwo kulturowe, bo doskonale wiemy, jakie miejsce w historii naszego państwa miały Puławy, w czasach świetności zespołu pałacowo-parkowego Książąt Czartoryskich.

Ustawowy obowiązek ochrony dóbr kultury, polegający na zabezpieczeniu  zabytków przed zniszczeniem, uszkodzeniem i dewastacją.  jest obowiązkiem Państwa – czyli lokalnych władz, oraz powinnością jego właścicieli. Proste rozwiązanie dla puławskiego parku– w zasięgu możliwości technicznych i finansowych. Jednak nikt nie chce o tym poważnie rozmawiać.

Dlaczego tak  jest? Wydaje się, że z czysto populistycznych przyczyn.

Argumentum pessimi turba est– przestrzegali starożytni i to się nie zmieniło. Zgubnym argumentem jest  wola tłumu.

Egoistycznie chcemy, byśmy mogli w każdej chwili, z każdej strony, kiedy i jak nam się chce  wejść do parku. Takie rozwiązanie byłoby piękne, bo na pewno jest wygodne,  gdyby 100% społeczeństwa umiało to  docenić i uszanować. Tak niestety nie było nawet  za czasów Księżnej Izabeli, która po tym jak z drzwi Świątyni Sybilli kilkakrotnie wykręcono mosiężne, ozdobne  rozety, zmuszona była zlecić zainstalowanie dodatkowej kraty na schodach Świątyni,  by zakończyć ten proceder. Mury wokół historycznego ogrodu też nie powstały przypadkowo.  Gdy Księżna Izabela zleciła wybudowanie drewnianej kładki nad  Łachą stanowiącą naturalną granicę jej prywatnego nomen omen „o g r o d u”, natychmiast rozwiązała problem niechcianych „gości”,  budując na jego środku ścianę z drzwiami by zatrzymać intruzów.  Dla praktycznej Księżnej Izabeli, Brama Rzymska pełniła  funkcję faktycznie zamykanej bramy. Gdy pojawiła się kładka nad Głęboką, umożliwiająca dostanie się do jej ogrodu ta drogą, niewiele później  i tam powstała  żelazna furtka ograniczająca swobodny dostęp do książęcego ogrodu.

Gdy zabrakło prawowitego  własciciela  i troskliwego opiekuna ogrodu, mogło być tylko gorzej, a nie mam tu na myśli działań militarnych lecz, taką codzienną, powszednią działalność ludzi nierozumnych. Wyliczankę czas zacząć:

  • To bezmyślnym, pijanym studentom puławskiego instytutu „zawdzięczamy ” fakt, że nie możemy dzisiaj zobaczyć , jak wygląda posąg Flory przed Domkiem Greckim,
  • Naszym dzieciom nie możemy zrobić zdjęcia przy  dwóch bazaltowych  sfinksach, które po kosztownej renowacji zamknięto we wnętrzu  Pałacu Marynki, po tym jak wandale zasmarowali te rzeźby farbami i usiłowali uszkodzić posągi rozbijając na nich butelki i kamienie. Nieprzypadkowo, działo się to wtedy, gdy na stałe zanikł zwyczaj zamykania bramy i furtek do Pałacu Marynki poza godzinami pracy w Zakładzie Pszczelnictwa, jaki mieści się w tym Pałacu
  • Poznikały z oczu ludzi liczne „ruchome” lapidaria niegdyś eksponowane wokół Domu Gotyckiego, dla ich dobra pozamykane (sic!) z dala od wandali, ale i od nas i turystów. Zanim poddano je renowacji konserwatorskiej w latach 80-tych ubiegłego stulecia, wapienne i marmurowe artefakty pokrywały wyryte w kamieniu, nabazgrane flamastrem, czy, czym się tylko dało napisy razem zlewające się w jeden obskurny „fresk” uniemożliwiający jakąkolwiek zadumę nad historycznym obiektem.
  • Marmurowa, arabska stella też już dawno została zabrana sprzed oczu zwiedzających, gdyż tylko tak można było uchronić pokrywające ją arabeski dla potomnych. Inaczej, dawno straciłaby pierwotny wygląd. To samo stało się z tatarskim kamieniem nagrobnym, z tym, że jego powierzchnię już na zawsze pokaleczyły wyryte w kamieniu kulfony.
  • Wiszące niegdyś na zewnętrznych ścianach Domu Gotyckiego kopie wszystkich uratowanych przez Księżnę Izabelę główek wawelskich  strącili i rozbili jedną po drugiej,  chuligani ćwiczący celność rzutu kamieniem  Zostało ich zaledwie kilka i te oczywiście trafiły pod klucz bo inaczej skończyły by tak jak pozostałe. Wybijano także kolorowe szybki w witrażach.
  • Aby uniemożliwić chuliganom zniszczenie obelisku poświęconego pamięci Księcia Józefa Poniatowskiego, znajdującego się  na środku dolnej kondygnacji Świątyni zainstalowano blaszane wrota w miejsce kraty w Sybilli. Łotrzy, którzy ustawicznie celowali  kamieniami, butelkami w obelisk i wrzucali do wnętrza wszelkie śmieci, pozbawili nas codziennej możliwości spenetrowania wzrokiem wnętrza Świątyni.
  • Jakiś czas temu, już po ostatnim remoncie konserwatorskim, z wnęki  Świątyni Sybilli chuliganie wytoczyli zabytkowy kapitel z korynckiej kolumny, który cudem tylko nie uległ całkowitemu rozbiciu, bo zatrzymał się na rosnącej na stromym zboczu grupie krzewów. Żeby łobuzom nie dać szansy na drugie podejście  w  przemienieniu zabytku w kupę gruzu,  kolejna ogrodowa atrakcja została zamknięta na klucz i juz jej na spacerze nie zobaczycie.
  • Aż do remontu Sybilli przykro było patrzeć na  lwa z czerwonego porfiru który miał pysk wysprejowany czarną farbą.
  • Ręka chuliganowi nie zadrżała gdy wymierzył celny cios w  głowę Tankreda i oberwał fragment pióropusza z hełmu tego posągu. Na całe szczęście, w tym przypadku, nie był to bezcenny marmurowy oryginał, lecz polimerowa kopia.
  • Marmurowy „Tankred i Klorynda” też tkwią  zamknięci pod kluczem, oczywiście po niezbędnej renowacji, gdyż  oryginał  miał  również odłamany pióropusz, połamane kamienne palce, że o innych licznych wyrytych przez wandali napisach w marmurowym postumencie tylko wspomnę.

Siermiężne czasy komuny długi czas uniemożliwiały rozwinięcie pseudoartystycznych skrzydeł demonom zniszczenia, lecz pojawienie się na polskim rynku farb w sprejach przechyliło szalę tryumfu na korzyść wandali. Przedtem rozwalanie niosło za sobą ryzyko zwabienia hałasem stróża porządku, wyrycie widocznego napisu wymagało cierpliwości, determinacji i czasu. Lecz teraz? Graffiti jakim na  wyrost nazywamy każdego kolorowego kulfona jaki pojawi się na murze, niszczy całą cywilizowaną przestrzeń człowieka, co gorsza, nawet nie tylko, bo łobuzy z farbą w puszce potrafią mazać nawet na skalnych ścianach w parkach narodowych, w miejscach odległych od aglomeracji miejskich.

  • Jeśli już o skałach mowa, to przez lata, gdy wejście do grot powstałych w wyrobiskach skalnych nie było zabezpieczane kratą, wnętrza te, uznawane teraz za atrakcję turystyczną, pełniło rolę szaletu dla chuliganów, a o ówczesnym wyglądzie oryginalnie kremowych skalnych ścian nie mam co mówić. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wszedł by tam dobrowolnie, a co dopiero mówić o opłaceniu za taka „atrakcję” biletu. Po oczyszczeniu tej „stajni Augiasza”, czego nikt nie zrobił darmo, zainstalowaniu krat, uniemożliwiających swobodne penetrowanie i działalność w tym miejscu,  okazało się, że dla zwiedzających park dzieci była to największa atrakcja, przynosząca nawet jakieś realne dochody.
  • Gdy przed laty,  za niemałe pieniądze udało się oświetlić cały park identycznymi latarniami, łącznie z  tzw. Dziką Promenadą, mieszkańcy bloków  na ul Głębokiej mogli obserwować z okien szybkie znikanie świetlnych punktów na mapie parku. Dziś już tylko rdzewiejące pozostałości lamp przypominają o tamtym prezencie od IUNG dla mieszkańców Puław, byśmy mogli po zmierzchu bezpiecznie spacerować po naszym parku.  Cóż, światło chuliganom przeszkadza w ich działalności, więc rozbijanie lamp  przebiegało w takim tempie, że władze odpowiedzialnego za park instytutu szybko zrezygnowały (zresztą to były lata kryzysu zaopatrzeniowego) z kupowania kolejnych żarówek i kloszy, być może po prostu skończyły się  już na to fundusze, lub po ludzku, dostrzeżono beznadziejność wszelkich starań.
  • Gdy „Dzika Promenada” utonęła znowu w mroku, można było bezkarnie zamalować farbami cały marmurowy sarkofag, który po konserwatorskim remoncie zamknięto za żelaznym płotem, odbierającym sporo z romantyzmu tego pamiątkowego pomnika. ”Uwięzienie za kratami” okazało się rozwiązaniem pomocnym w utrzymaniu marmurowego sarkofagu w przyzwoitym stanie. Jednak i tym razem coś straciliśmy, przez to,  że godzimy się na koegzystencję na równych prawach z chuliganami w historycznym ogrodzie. O złodziejach w tym miejscu wspomnę. Trudno tu porównywać skalę straty, ale warto nadmienić, że gdy posadzono wokół sarkofagu młode cisy, wszystkie co do jednego zostały ukradzione, zanim zdążyły się rozrosnąć.
  • IUNG zdołał utrzymać oświetlenie tylko tzw. Górnego Parku.  Zniszczenie  lamp służących do iluminacji bryły pałacu od strony Wisły, to również robota „niezidentyfikowanych sprawców”. Przyciągający wzrok przejezdnych, podświetlony pałac na szczycie wiślanej skarpy, będący kapitalną reklamą turystyczną dla miasta bezpowrotnie (jak dotąd) znikł w mroku. A co z oczu…
  • Dlaczego trzeba było zabrać i zamknąć z dala od ludzi rzeźby zdobiące wcześniej nisze Domku Aleksandryjskiego, wiedzą Ci, którzy widzieli je przed renowacją- oczywiście były całkowicie zapaćkane napisami i zniszczone wulgarnymi reliefami.
  • Zabytkowe mury pomazane przez wandali,  murowany mostek prowadzący do Pałacu Marynki w makabrycznym stanie, cały pokryty  bazgrołami, z wyraźnymi śladami celowej i świadomej dewastacji.  Ilość śmieci, która ląduje corocznie pod nim jest zatrważająca. Ile można zobaczyć pod tym linkiem:

https://parkwpulawach.wordpress.com/2012/03/01/usuwanie-samosiewow-z-terenu-dzikiej-promenady/#more-294

  • Na koniec przykładów aktów wandalizmu „perła w koronie puławskich wandali” . Podpalenie  i pożar częściowo wyremontowanego Domku Aleksandryjskiego,  w którym z dymem poszły świeżo zainwestowane w całkowicie nowy dach pieniądze. Zresztą, w czasie ostatniego remontu Domku Żółtego, jeszcze przed zakończeniem renowacji, na świeżo wymalowanych ścianach też pojawiły się  barwne kulfony, zmuszając firmę budowlaną do powtórnego malowania ściany i zatrudnienia osoby do całodobowego pilnowania obiektu.

Przykłady można mnożyć bez końca: popalenia starych drzew, niszczenie ławek czy koszy na śmieci,  to już takie codzienne „drobnostki”. Całość wpisuje się w jeden schemat – jedni niszczą, drudzy płacą za coraz kosztowniejsze renowacje i wymiany, wszyscy tracimy – bo ubożejący park traci na atrakcyjności, a jego niegdysiejsze przesłanie staje się coraz mniej czytelne, gdy znikają z ogrodu kolejne nasycone symboliką obiekty.  Marmurowa rzeźba pumy powinna móc  bezpiecznie  leżeć u wejścia do grot, a  przepiękny ołtarzyk też na swoim miejscu, a nie schowany we wnętrzu Sybilli. Przecudnej urody rzeźbę fauna, którą lata temu schowano przed wandalami w pałacu, można by  znowu ustawić wśród róż i innych kwiatów w wydzielonym,  „sekretnym ogrodzie”  kwiatowym obok magnolii.  Nawet jeśli nie miały by to być bezcenne oryginały, to przecież mogłyby to być ich  repliki. Gdyby była wreszcie realna, bezpieczna możliwość zrezygnowania z litych, metalowych wrót w dolnej kondygnacji Świątyni Sybilli, można by rozważyć  zawieszenie kopii (może metodą wydruku 3D ?) oryginalnych tarcz honorowych niegdyś wiszących  wokół obelisku poświęconego Poniatowskiemu i  odtworzyć charakter tego symbolicznego mauzoleum pamięci bohaterów narodowych. O ileż bardziej atrakcyjne byłoby zwiedzanie tak wyposażonej Sybilli, do której z oczywistych względów nie trafią nigdy z powrotem, zgromadzone niegdyś oryginalne narodowe skarby.  Kamienne poidełko, które stało w odległej części parku, też ze względów bezpieczeństwa trzeba było dawno temu  przenieść do Górnego Ogrodu, zagracając przestrzeń wokół Domu Gotyckiego, wbrew woli i intencjom twórczyni ogrodu. Zresztą te same względy zmusiły do podjęcia takiej, a nie innej decyzji o lokalizacji „Tankreda i Kloryndy”, którzy powinni stać u stóp pałacu przy Łasze, ale wiadomo jak to by się skończyło dla tej rzeźby. Znowu zostaliśmy sterroryzowani przez wandali i pozbawieni za jednym zamachem kolejnego pięknego i atrakcyjnego miejsca w parku i odebrano nam prawdę historyczną o Górnym Ogrodzie. Mogłabym do tej mojej „wyliczanki..” dodać także Fontannę Bożka Pana, która najszybciej została obrócona w ruinę, bo najdłużej była w „swobodnie dostępnej” przestrzeni u podnóża Domku Greckiego. Jedno z ostatnich zdjęć, na jakim była jeszcze widoczna w nienajgorszym stanie, przedstawia dorosłych ludzi, którzy zachowują się wg wszelkich kryteriów jak chuligani. To było przed 1914r. Kilka lat później, była już w takim stanie, że zadecydowano o jej rozbiórce. Uratowano z niej najbardziej charakterystyczne kamienne detale, więc, można by pokusić się o rekonstrukcję, choć na pewno ma to tylko sens na terenie  z „kontrolowanym dostępem”.

Na organizowanych  przez znawców tematu konferencjach międzynarodowych takich jak „Ogrody zabytkowe w obliczu współczesnych zagrożeń”   mówi się jasno, iż to, że  w Polsce najczęściej „parki nie są zamykane, brakuje stałej opieki i nadzoru”, jest  tym czynnikiem, który sprawi, że ogrody takie nie przetrwają dla potomnych. Takie same były wnioski końcowe ze zorganizowanej  przez IUNG i FWHOP konferencji w Puławach. Prawda oczywista.  Tylko, czy aby dojść do takiej konkluzji,  potrzebna jest konstatacja na konferencji międzynarodowej?  Zwykły rozsądek i wyciąganie logicznych wniosków oraz prosty rachunek zysków i strat nie tylko w kwestii kosztów materialnych powinien doprowadzić odpowiedzialnych za los i stan zachowania zabytkowego ogrodu do podejmowania niepopularnych decyzji, kosztem nawet oburzenia dzisiejszych użytkowników parku, którym uniemożliwi się wybieranie wygodniejszej „drogi na skróty”, czy wyprowadzenie psa  w dowolnych godzinach.  Partykularny interes Kowalskiego nie może być ważniejszy niż misja odzyskania i zachowania dla przyszłych pokoleń świetności całego założenia ogrodowego Księżnej Izabeli.

Moje przekonanie o konieczności i  realnej możliwości  wprowadzenia skutecznego rozwiązania,  jakim jest wprowadzenie w życie zasady kontrolowanego dostępu, nie wynika z jakiegoś „widzimisię”, lecz z historycznych faktów, prawnych uwarunkowań i naocznie weryfikowalnych  dowodów na słuszność takiej,  a nie innej polityki w stosunku do  ochrony zabytkowych obiektów i ich otoczenia przed działalnością wszechobecnych wandali i patologicznymi zachowaniami części społeczności.

Na przykładzie równoległych do siebie murów u podnóża Domku Greckiego, (historycznie należącego do parku księżnej Izabeli,  będącego pod inną, niż instytuty władzą) łatwo uświadomić sobie między czym wybieramy, upierając się na zachowaniu „swobodnego dostępu”  lub skutecznie zamykając zabytkowy obiekt gdy brak w nim nadzoru.  Dawna książęca oranżeria była poddawana przez długie lata, tym samym aktom wandalizmu, co reszta obiektów w parku. Przez długi czas,  było to miejsce, w którym po zamknięciu biblioteki pojawiali się narkomani, popijający i śmiecący wagarowicze zabawiający się w smarowanie po murach i rozbijanie  płyt z piaskowca byli  tu  nieomal całodobowo.  Po latach „bezsilności” ktoś podjął mało popularną, eufemistycznie mówiąc,  decyzję. Chyba ponad 20 lat temu, nie oglądając się na protesty mieszkańców sąsiednich osiedli,  ogrodzono teren z Domkiem Greckim metalowym ogrodzeniem niemożliwym do sforsowania dla człowieka, bez drabiny pod pachą. W ten sposób, wszyscy  mieszkańcy osiedla z ul. Głębokiej – nota bene – wtedy w większości rodziny pracowników Instytutu będącego właścicielem całego zespołu pałacowo-parkowego utracili bezpośredni dostęp do biblioteki i jakże wygodny dla nich skrót do parku i  zarazem do ich ogródków działkowych, które w owym czasie mieli na Kępie. Rozwiązanie to do tej pory  skutecznie zabezpiecza budynek i jego otoczenie przed wandalami. Na zdjęciach w poniższym linku widać dwa równoległe mury z tego samego materiału, wykonane w tym samym czasie – jeden – za płotem, zamykanym wraz z zamknięciem biblioteki, a drugi, jak łatwo się domyśleć – swobodnie, całodobowo, dostępny. Na taki nieuchronny los skazywane są odnawiane obecnie zabytki w parku.

https://parkwpulawach.wordpress.com/2012/03/20/przed-eksplozja-zieleni/

Międzynarodowa Rada Ochrony Zabytków i Miejsc Historycznych ICOMOS (doradzająca UNESCO) zaleca wprowadzenie zasady kontrolowanego   dostępu do ogrodów historycznych i obiektów zabytkowych, upatrując w tym,  realne rozwiązanie dające szansę  na zachowanie  dziedzictwa kulturowego dla przyszłych pokoleń.  W tzw. „Karcie Florenckiej”, z której całym brzmieniem, powinni zapoznać się  wszyscy, którzy są odpowiedzialni  za obecny i przyszły stan historycznego ogrodu,   w artykule 18,  czytamy: „Każdy ogród historyczny przeznaczony jest do oglądania i do zwiedzania, ale swobodny dostęp do niego powinien być ograniczony z uwagi i w zależności od jego wielkości i podatności na jego zniszczenie, tak, aby chroniona była jego substancja oraz świadectwo kultury, jakiego jest on wyrazem”.

Mam wrażenie, że ludzie odpowiedzialni za  promocję i rozwój Puław nie rozumieją, że na bazie posiadanego zabytku tej rangi, po zadbaniu o zieleń i wyeliminowaniu wszystkiego co szpetne w kompleksie pałacowo-parkowym mamy przepis na sukces jeśli chodzi o przyciągniecie turystów do miasta. Nowy stadion sportowy czy  przystań rzeczna nie sprawią, że zatrzymają się tu ludzie z wielkich miast, ani tym bardziej, nie przyjadą tu specjalnie w tym celu by je zobaczyć turyści ze świata. Nie jest to dla nich żadna atrakcja. Co innego, coś co mamy u siebie, a czego nie potrafimy należycie docenić.  Słynne, zadbane XIII wieczne ogrody krajobrazowe  są odwiedzane przez turystów z całego globu. W czasach boomu technologicznego coraz lepiej ma się antystresowe hobby jakim jest ogrodnictwo. Prężnie działają biura turystyczne specjalizujące się w organizowaniu tras turystycznych pod kątem zwiedzania historycznych ogrodów.  W Stowe, Stourdhead i innych ogrodach  codziennie mija się na parkowych alejkach setki skośnookich turystów i Amerykanów i Europejczyków z każdego skrawka naszego kontynentu. Każdy z nich zostawia niemałe pieniądze, za możliwość popatrzenia na rozległy horyzont, z miejsc w których kiedyś stali książęta i królowie, z łukiem tryumfalnym, czy kolumną pod starym dębem. Ruiny starożytnej świątyni Westy w Tivoli (będącej pierwowzorem Świątyni Sybilli) wtłoczone między współczesną zabudowę przyciągnęły przez wieki miliony turystów, malarzy, fotografów, z których każdy zostawił pieniądze  we Włoszech. My mamy jej kompletną kopię, z tą przewagą, że w pięknym otoczeniu, z niezmienionym od 200 lat krajobrazem w tle, w nieomal doskonałym stanie, którą bez wstydu można pokazać całemu światu, gdyby nie fakt, że wszędzie mamy brudne mury,  śmieci, oraz zarośnięty chaszczami i samosiewami park.  Wiele słynnych ogrodów krajobrazowych XIII wieku zniknęło z mapy świata, lub dawno zatraciło swój „krajobrazowy” charakter, wchłonięte przez rozrastające się miasta. Puławski ogród miał to szczęście że po ponownym otwarciu tzw. „okien widokowych” znów może dumnie  pokazać urodę doliny Wisły, zaś jego opiekunowie przez lata zadbali o ogólnie dobrą kondycję większość  zabytkowych obiektów.  Liczę na to, że dojdzie do wynegocjowania zasad współodpowiedzialności za park, którego nie wolno nikomu sprowadzać wyłącznie do rangi „miejskiego  terenu zielonego” czy tym bardziej wybiegu dla psów .

Jeśli uważacie, że do takich małych Puław turyści nie dotrą, to powiem, że po kosztownej renowacji Zofiówki, krajobrazowego ogrodu  Księżnej Potockiej na Ukrainie, tamten park jest  obecnie jednym  z najpiękniejszych parków krajobrazowych na świecie i jako taki odwiedzany masowo przez turystów z całego globu, a nie leży on na szlaku innej turystycznej mekki jakim jest „nasz”  Kazimierz Dolny.  Przy współczesnej technologii, wbrew pozorom, nie jest tak trudno wypromować coś, co później  obroni się samo, jeśli tylko ludzie będą mieli okazję, się o takiej perle, jak nasz zespół pałacowo-parkowy dowiedzieć i  gdy pierwsi, którzy tu dotrą,  nie wrócą do siebie zdegustowani wszechobecnymi w parku śmieciami i bazgrołami,  lecz poniosą  ze sobą opowieść o faktycznie dobrze utrzymanych,  pięknych, zabytkowych  budowlach i krajobrazach , które odsłonić łatwo można, wycinając  trochę samosiewów.  Wydaliśmy dziesiątki milionów złotych by mieć w tak dobrej kondycji jak obecnie,  większość obiektów na terenie osady pałacowo-parkowej, lecz nie możemy bez wstydu zapraszać turystów z całego świata, bo nie potrafimy rozwiązać problemu, który na całym świecie rozwiązuje się skutecznie  w ten sam sposób – zamykając i grodząc obiekty zabytkowe, gdy nie są intensywnie dozorowane i kontrolując dostęp do nich.

Liczę też na to, że teraz, gdy mamy w pałacu Muzeum Czartoryskich, którego sensem istnienia poza edukacją miejscowej ludności są głównie zwiedzający je turyści łatwiej będzie zrozumieć, że w interesie całej społeczności (z wyłączeniem  lokalnych wandali) jest doprowadzenie do tego, by cały zespół pałacowo-parkowy miał szansę rozkwitnąć.  A tylko wolny od ciągłej dewastacji, jako ogromna i niekwestionowana turystyczna atrakcja, stanowić będzie niewątpliwie ważny wkład w rozwój gospodarczy miasta.

Księżna Izabela zadbała w o promocję swojego ogrodu, w taki sposób,  że nie było wśród współczesnych jej, wykształconych ludzi, takich, którzy by o ogrodzie w Puławach nie słyszeli. Wspierając finansowo autora słynnego poematu „Les Jardins”, Jacques’a Delille’a doprowadziła do tego, by w kolejnym wznowieniu tomiku poezji tego szalenie  modnego wówczas twórcy, obok pochwał dla ogrodów w  Stowe czy  Stourdhead znalazły się strofy wychwalające idylliczną  urodę puławskiego raju na ziemi przez nią stworzonego. Wówczas  wspominane w tym poemacie ogrody stanowiły,   ikony  tego ogrodowego stylu, a Księżna nie tylko  gorliwie naśladowała najlepszych, ale też wykazała dużo lepszy gust w wielu realizacjach.  Inne ogrody z tegoż poematu, do dziś  stanowią żelazny punkt programu dla studiujących i admirujących  sztukę,  historię,  architekturę, ogrodnictwo,  podziwiających  krajobrazy. Do tej lektury sięgają co rok, kolejne roczniki studentów historii sztuki, literatury i architektury zieleni w uczelniach na całym świecie.  Od podjętych w walce z wandalami decyzji  zależy, ile lat będzie musiało minąć od  runięcia Żelaznej Kurtyny, by puławski ogród wrócił na należne mu miejsce, do zdefiniowanego przez Delille’a panteonu sielankowych ogrodów stworzonych ręką człowieka.

Gdy samolotem można dotrzeć do Lublina, a autostradą do Puław w ciągu pół godziny , „park w Puławach” mógłby być magnesem dla  pasjonujących się historycznymi ogrodami ludzi z całego świata!  Zostawiając wolną rękę wandalom przesuwamy ten moment  ad calendas Graecas. Chciałabym,  żebyśmy jako mieszkańcy Puław, zaczęli traktować historyczny ogród jak coś „naszego” i jako o taki chcieli o niego zadbać, jak o własny, prywatny ogródek, którego  przecież  nie zostawiamy  otworem dla każdego, kto miałby ochotę z niego wyrwać kwiaty, stłuc na ścianach naszego domu butelkę, czy zostawić na niej „graffiti”, jak ogród, z którego wszyscy możemy być dumni!

Uniemożliwienie wchodzenia do ogrodu po zmierzchu to jedno, drugie to realne sprawowanie kontroli nad zachowaniem tych, którzy w parku przebywają w biały dzień. Jeśli leśnicy potrafią instalować bezprzewodowe kamery w różnych punktach lasu, to i u nas powinno się z takich możliwości technicznych skorzystać, dyskretnie przenosząc takie lotne punkty obserwacji w różne zagrożone patologiami miejsca i reagować natychmiast i bezlitośnie, gdy kamera takie zachowania zarejestruje. Kilka nagłośnionych przypadków złapania  na gorącym uczynku i bezwzględnej kary np. w postaci rejestrowanej pracy wandala nad usunięciem szkody,  dałoby sygnał w tym środowisku, że to „niezły przypał” jak się  w parku rozrabia i z pewnością zniechęciło by kolejnych. To zadanie dla współpracującej ze sobą zatrudnionej do ochrony obiektu firmy i policji czy straży miejskiej. Należy karać nawet drobne przewinienia i usuwać natychmiast szkody, bo jedno „graffiti” na ścianie, zachęca do powstawania obok następnych. Taki jeden bohomaz  na świeżo wyremontowanej ścianie  działa jak katalizator na następnych wandali. Jak jeden już jest, to znaczy, że tu można „poszaleć”, zgodnie koncepcją  Fixing Broken Windows: Restoring Order and Reducing Crime in Our Communities znaną kryminologom i socjologom jako teoria rozbitych okien. Doprowadziła ona do wprowadzenia programu Zero tolerancji w USA i takie  podejście do tej sprawy powinno być również u nas.

Gdyby trzeba było szukać pieniędzy na utrzymanie parku, w kieszeniach zwiedzających, to ochronić interes miejscowych też się da. Jeśli puławianie boją się, że po zamknięciu ogrodu nie stać ich będzie na częste spacery po ulubionych trasach, to śpieszę zapewnić, że jeśli dało się to zorganizować sto lat temu, drukując  imienne karty wstępu,  to tym bardziej, angażując w to przedsięwzięcie odrobinę techniki można wprowadzić  tanie elektroniczne karty wielokrotnego wstępu o zróżnicowanej „dacie ważności”, które wraz z czytnikami przy bramkach umożliwiającymi (jedyne)  wejście i wyjście pozwolą, wraz ze sprawnie działającym systemem monitoringu umożliwią sprawowanie realnej kontroli nad tym, co się dzieje i za czyją przyczyną w parku.

Takie  elektroniczne  karty wielokrotnego wstępu są stosowane np. w historycznym ogrodzie w Blenheim,  który zwiedzała Księżna Izabela. Karty wstępu są zróżnicowane, bywają sezonowe, całotygodniowe czy weekendowe. Są dedykowane różnym grupom – dla juniorów, seniorów, „miejscowych” , wolontariuszy, pracowników etc. W Polsce to rozwiązanie jest już również z powodzeniem stosowane, w wielu miejscach. Np do arboretum Kórnickiego wchodzą za darmo  mieszkańcy gminy Kórnik po okazaniu karty wstępu, inni muszą kupic bilet.  Pewnie, idą za tym jakieś pieniądze (wydatki związane z czytnikami, wydrukiem kart etc.), jakieś utrudnienia i ograniczenia (godziny otwarcia). Jednak ten system się sprawdza wszędzie, gdzie jest zastosowany. Utopią jest „zadbany” park pozbawiony realnego nadzoru i funduszy na jego bieżące utrzymanie.

Mam nadzieję, że do rozumnych ludzi powyższe argumenty trafią; że ci, którzy od dawna powinni decyzję o uszczelnieniu ogrodzenia i zamykaniu na noc parku podjąć, do dziś nie końca uświadamiali sobie, jaka  jest skala nieodwracalnych zniszczeń i kosztów oraz ile tracą wszyscy upierając się na utrzymaniu status quo w sprawie dostępu do zabytkowego ogrodu.  Tragicznym nieporozumieniem jest powoływanie się na argumenty „odkąd pamiętam zawsze wszystko było otwarte”. Jak dowieść łatwo można, nie jest to prawdą,  tylko doszło do tego  w wyniku różnych zmian, których młodsze pokolenie a i starsi spoza IUNG  nie zawsze są świadomi.

Warto prowadzić dyskusję, gdy bierzemy w niej pod uwagę argumenty adwersarza i wynikające z nich fakty. Na dyskusję o faktach, a nie o emocjach liczę. Mam nadzieję, że doczekam się w Puławach zwycięstwa rozumu nad emocjami i przestanie prześladować mnie ta fraza z utworu Jana Kochanowskiego:

„Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”;
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.”

 

Post scriptum

Kontynuacją powyższego wątku są dwa kolejne wpisy, które są odpowiedzią na pojawiające się w odpowiedzi na „wyliczankę” komentarze:

https://parkwpulawach.wordpress.com/2017/02/20/trudna-sztuka-czytania-ze-zrozumieniem/

Drugi wpis między innymi podaje przykładowe rozwiązanie organizacyjne  dla naszego parku, angażującego relatywnie najmniejsze środki finansowe.

https://parkwpulawach.wordpress.com/2017/02/26/ad-augusta-per-angusta/

 

 

Rozumiem prawną zasadę, która mówi, że o jakichkolwiek zmianach wpływających na wygląd zabytku decyduje Wojewódzki Konserwator Zabytków. Nie rozumiem jednak, czym się kieruje ten urząd. bo wynik wielu tych decyzji, bywa opłakany, a co gorsza, często nieodwracalny. I tak, aby wybudować wielki budynek  Puławskiej Szkoły Wyższej na ul.4-go Pułku Piechoty konieczna była zgoda urzędników z WUOZ. Budynek stoi, czyli akceptacja była. Tego samego urzędu,  który wcześniej domagał się w wytycznych konserwatorskich  „likwidacji ogródków działkowych ” na tej samej ulicy, ze względu na wprowadzającą chaos w krajobrazie „architekturę” mniej lub bardziej  prowizorycznych altanek działkowych w otaczającej historyczny ogród przestrzeni i będących dysonansem dla zabytkowych budowli w krajobrazie. Niemniej, altanek działkowców nie było widać przynajmniej z poziomu Dolnego Ogrodu, a wybudowane  niedawno gmaszysko  dominuje nad całym Dolnym Ogrodem i stanowi zupełnie niekompatybilne  dla Domku Chińskiego tło. Jeszcze gorzej wygląda to od stony Wisły. Gdy jesteśmy odpowiednio daleko, ze szczytu Góry Puławskiej , Pałac Książąt Czartoryskich nadal stanowi wyraźną dominantę, zanurzony w zieleni parkowych drzew. Niestety, gdy zbliżymy się do rzeki  nie da się ukryć faktu, że władze, które mają obowiązek chronić krajobraz kulturowy dla przyszłych pokoleń, odpowiednimi decyzjami wpływając na zahamowanie rozwoju chaotycznej, prywatnej zabudowy,  zawiodły na całej linii. Pozwalano bowiem, na powstawanie kolejnych prywatnych domów, a na końcu  zezwolono na wybudowanie nawet tak dużego obiektu. Gdyby w Puławach nie było innych terenów na tego typu inwestycje, można by to usprawiedliwić, lecz że jest zupełnie inaczej, wina jest ewidentna i wiadomo konkretnie czyja. Jesli potrzebuję do czegoś „władzy”, to do myślenia w „szerszych, perspektywicznych planach” i dbania o „dobro ogółu” ponad interes poszczególnych jednostek. To dziwne,  jak „urzędnicy – władcy” ulegają łatwo wobec partykularnych interesów poszczególnych, indywidualnych inwestorów. Ta sama władza, potrafi zablokować inwestycję podmiotowi państwowemu, który  nie ma możliwości skorzystania ze „wszelkich sposobów perswazji” w tym,  tych mniej legalnych też.  Ostatnio, skierowaliśmy do WUOZ pismo z prośbą o akceptację nasadzeń uzupełniających, w miejscu martwych jałowców przed Domkiem Chińskim. Wydawało nam się, że posadzenie w takim osłoniętym od wiatru miejscu różaneczników będzie idealnym rozwiązaniem, tym bardziej, że od lat w tym miejscu  rosną tylko pokrzywy wymieszane z podagrycznikiem.  Konserwator Zabytków nie wyraził zgody na posadzenie zimozielonych, ozdobnych krzewów w tym miejscu,  w parku. Dlaczego? Bo jak napisano,  kiedyś, (gdy stanie się cud i znajdziemy sponsora na kompleksową rewitalizację parku), różaneczniki nie będa pasowały do starej/nowej koncepcji. Tak tak, pokrzywy „pasują” do zabytku, różaneczniki mniej, wedle logiki Konserwatora. Ale, ale…. rozgadałam się nie na temat 🙂   Revenons à nos moutons!

Przy okazji prowadzonych  w 2015 roku prac na dziedzińcu przednim, gdy zlikwidowano  istniejące tam miejsca parkingowe i zerwano asfalt, by w to miejsce  ułożyć  nawierzchnię nawiązującą do zastosowanej przed laty, na dziedzińcu paradnym,  cegły klinkierowej, pomyślano, by jakoś uatrakcyjnić  zieleń na tym obszarze.  Przygotowałam kilka wersji projektowych, z których jedna została zaakceptowana przez WUOZ. Chcieliśmy wzdłuż chodników z piaskowca zastosować pas z  zimozielonej Trzmieliny Fortune’a . Jednak w naszej parkowej skali, wszystko jest w rozmiarze XXL. Ilość potrzebnych sadzonek do zrealizowania tego nasadzenia, a co za tym idzie, kwota, za jaką trzeba by zrealizować takich zakup, przekraczała możliwości IUNG.  FWHOP też ma pustki w kasie po opłaceniu prac „budowlanych” na dziedzińcu przednim.

Zwróciliśmy się z prośbą do Pana Lucjana Kurowskiego, który od lat utrzymywał kontakty z opiekunami parku, podarował parkowi między innymi kolekcję pnączy, rosnących od wielu lat w Dolnym Ogrodzie i wiele innych roślin ozdobnych. Pan Lucjan nie wyczarował dla nas całej potrzebnej ilości sadzonek, ale sprezentował nam kilkadziesiąt dorodnych trzmielin w odmianie „Emerald Gaiety”, starannie wybranych, „sztuka w sztukę” najładniejszych. Niestety, to tylko ułamek całej potrzebnej ilości. Jednak kiedyś Pan Kurowski powiedział nam, że „daje nam wędkę, a nie rybę” – w tym przypadku, pozyskane za darmo trzmieliny wolontariusze wysadzili „tymczasowo” w Dolnym Ogrodzie, gdzie będą przez nich „zaopiekowane” – tj. podlane i oplewione, a z czasem, będziemy mogli na bazie tych roślin dokonać podziału na wiele, wiele ukorzenionych sadzonek. Jeśli zimy będą tak łagodne, jak do tej pory, jest nadzieja, że za kilka lat ten plan nasadzeń na terenie dziedzińca przedniego uda się zrealizować. Ze szczerego serca podarowane, powinny rosnąc jak na drożdżach!

Tu link do strony internetowej naszego Ofiarodawcy

http://kurowski.pl/

Trudno coś powiedzieć z calą stanowczością na temat Muzeum Czartoryskich w  Puławach, bo sytuacja prawna ciągle się zmienia. Aktualnie wydaje się, że wszystko jest raczej na dobrej drodze. „Jeśli projekt zaakceptowanego przez radnych nowego statutu wejdzie w życie, muzeum stanie się samorządową instytucją kultury, która będzie podlegała bezpośrednio prezydentowi miasta. Tym samym to władze Puław będą sprawowały pieczę nad jego organizacją, finansowaniem i działalnością kulturalną. Przyjęcie nowego statutu Muzeum Czartoryskich oznacza wyłączenie go spod kurateli Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym. (…) . Wśród zadań znalazłaby się  (…) działalność wydawnicza i kulturalna. Władze Puław przewidują, że muzeum mogłoby organizować np. koncerty, konkursy, szkolenia, konferencje itp. (…)  Pieniądze na dzialalność statutową muzeum mają pochodzić z dotacji przekazywanych przez miasto oraz z przychodów z prowadzonej działalności. Muzeum może zarabiać np. na sprzedaży pamiątek, działalności wydawniczej, wynajmowaniu powierzchni, badaniach i ekspertyzach, reklamach, usługach konserwatorskich oraz odpłatnym udostępnianiu zbiorów. Przyjęty przez radnych projekt statutu będzie obowiązywał w trakcie tzw. organizacji muzeum, do czasu otwarcia pierwszej, stałej wystawy. Jego treść czeka jeszcze na akceptację Piotra Glińskiego, ministra kultury i dziedzictwa narodowego.” jak donosi Radoslaw Szczęch na łamach „Dziennika Wschodniego.”

Jednak, bez względu na to jak się mają sprawy organizacyjne, faktem jest, że w pałacu Książąt Czartoryskich w Puławach można na trzech kondygnacjach  korpusu głównego oglądać eksponaty stanowiące część kolekcji, ktora zapoczątkowała dzieje muzealnictwa w Polsce. „Zręby kolekcji stworzyła na przełomie XVIII i XIX w. księżna Izabela Czartoryska, pisarka, mecenas sztuki i patriotka. Kiedy w odwecie za sympatie niepodległościowe Czartoryskich carskie wojska spaliły w czasie insurekcji kościuszkowskiej pałac Marynki w Puławach, księżna odbudowała założenie pałacowe, czyniąc z niego muzeum polskiej historii i namiastkę nieistniejącego dworu królewskiego. W ukończonej w 1801 r. Świątyni Sybilli zgromadziła bezcenne narodowe pamiątki, w tym głownię miecza Stefana Batorego, ceremonialny miecz krzyżacki zdobyty pod Grunwaldem, historyczne chorągwie – moskiewską zdobytą pod Kłuszynem i turecką zdobytą pod Wiedniem, zdobyczne strzemię Kara Mustafy, chorągiew, na którą przysięgał Kościuszko na krakowskim Rynku.

Były też w świątyni relikwie wydobywane z grobów przez Tadeusza Czackiego, w tym część czaszki Bolesława Chrobrego, czaszka Jana Kochanowskiego, kość udowa hetmana Stefana Czarnieckiego. Na frontonie księżna poleciła wykuć w kamieniu inskrypcję: „Przeszłość przyszłości”.

Obok panteonu polskiej państwowości, jakim była Świątynia Sybilli, księżna wzniosła w parku Dom Gotycki, w którym pomieściła pamiątki po wielkich postaciach historii Europy: Szekspirze, Cydzie, Wolterze, Cromwellu. Pośród tych pamiątek zawisły w Domu Gotyckim najcenniejsze obrazy, jakie kiedykolwiek były w polskich kolekcjach: „Portret młodzieńca” Rafaela Santi, „Dama z gronostajem” Leonarda i płótno Rembrandta.

Podczas powstania listopadowego syn Izabeli, ks. Adam Jerzy Czartoryski, został prezesem Rządu Narodowego. W odwecie carskie wojska pod dowództwem renegata Adama Wirtemberskiego, wnuka Izabeli Czartoryskiej, zaatakowały puławski pałac. Przez sale przelatywały kule armatnie i karabinowe. Po powstaniu najcenniejsze dzieła księżna kazała ukryć przed zaborcą, m.in. zamurowując w alkowie pałacu w Sieniawie.Czartoryscy szczęśliwie zdołali wywieźć do Paryża ocalałą część kolekcji ks. Izabeli i to, co pozostało z rodowej biblioteki. Zbiory ulokowano i udostępniono publiczności w Hetel Lambert, siedzibie ks. Adama, przywódcy polskiej emigracji. Jego syn ks. Władysław Czartoryski kontynuował misję babki Izabeli. Zebrał wspaniałą kolekcję starożytności, rzemiosła najwyższej klasy i arcydzieł malarstwa europejskiego. W latach 60. XIX w. budziła ona w Paryżu powszechny podziw.

Podczas Komuny Paryskiej komunardzi bronili się w Hetel Lambert i zbiory znalazły się w wielkim niebezpieczeństwie. Widząc, że Paryż nie jest miejscem bezpiecznym, po upadku Komuny ks. Władysław przewiózł skarby przez Poznań do Krakowa. Kupił trzy kamienice, połączył je i ulokował tam uratowane z zamętu kolekcje.

Do ostatnich swych dni starał się stworzyć ordynację, której istotną częścią byłoby Muzeum Książąt Czartoryskich. Trzy lata po jego śmierci cesarz Franciszek Józef zatwierdził statut ordynacji sieniawskiej, która miała utrzymywać zbiory, a każdorazowy ich posiadacz, z rodu Czartoryskich, miał obowiązek „zachować je i utrzymać”.

Arcyszczodry dar dla narodu miał jeszcze przejść ciężką próbę podczas II wojny światowej – nie wszystkie zrabowane przez hitlerowców skarby wróciły do Krakowa; stratą najcięższą jest zniknięcie „Portretu młodzieńca” Rafaela.W styczniu 1947 r. władze PRL zniosły ordynację i wszystkie obiekty ze zbiorów Czartoryskich stały się własnością Adama Karola, syna ostatniego ordynata ks. Augusta. Nie jest pewne, dlaczego krakowskich zbiorów nie upaństwowiono. Być może władze uznały, że i tak mają je pod kontrolą, a formalne upaństwowienie uniemożliwiłoby odzyskanie zrabowanych dzieł – zwłaszcza „Portretu młodzieńca”. Los rysunków Dürera z lwowskiej kolekcji Ossolineum, które po wojnie odnaleziono na Zachodzie, lecz które nie wróciły już do Polski, był wymowną nauczką.

Muzeum Czartoryskich zostało przejęte przez państwo w zarząd w 1949 r., a rok później powierzono je Muzeum Narodowemu w Krakowie i przemianowano na Oddział Zbiory Czartoryskich.
(..)
W 1991 r. ks. Adam Karol Czartoryski ruszył do boju o zbiory krakowskie. Zarejestrował Fundację Książąt Czartoryskich przy Muzeum Narodowym w Krakowie. Następnym krokiem było odzyskanie kolekcji i kamienic przy ul. Pijarskiej i św. Jana, w 1950 r. przejętych w zarząd przez MNK. Książę odzyskał do nich prawa, ale sam je ograniczył. Zbiory i budynki wniósł do fundacji, oddając ją w administrowanie państwu; do rady konsultacyjnej fundacji wszedł minister kultury.W zamian państwo zobowiązało się finansować utrzymanie zbiorów i nieruchomości oraz udostępnić ekspozycję muzealną. Kompromis ten ocalił integralność zbiorów Czartoryskich.
Odmiennie ówczesne intencje fundatora przedstawia odwołany prezes zarządu: – Nazwę „Fundacja Książąt Czartoryskich przy Muzeum Narodowym w Krakowie” przyjęto, by nie płoszyć urzędników muzeum i ministerstwa. Ale najważniejsze, że fundator miał zagwarantowane w statucie daleko idące uprawnienia, łącznie ze zmianą samego statutu – mówi Adam Zamoyski.”

Tak  w skrócie opisuje historię kolekcji Włodzimierz Kalicki na łamach Gazety Wyborczej.  Kapitalny remont w siedzibie Muzeum w Krakowie wymusil perygrynacje kolekcji po calej Polsce, z czego skorzystali mieszkańcy Szczecina, Gdańska, Łodzi czy wlaśnie Puław, bo teraz praktycznie nie ma możliwości  by eksponować we właściwy sposób dużej części  bezcennych  zbiorów w Krakowie. Poza tym, wiele eksponatów i tak leżalo latami w magazynach, ze względu właśnie na niedostatek powierzchni wystawienniczej. Puławy, po remoncie pomieszczeń pałacowych stały się idealnym miejscem dla częsci kolekcji Księznej Czartoryskiej a historycznie, jak najbardziej właściwym.

W jednej z sal, eksponowane są „tarcze honorowe” , ktore kiedyś zdobiły kolumny niższej kondygnacji Świątyni Sybilli. Pod podanym poniżej linkiem, znajdują się zdjęcia tych tarcz oraz opisy osób, pamięci ktorych zostały poświęcone . Zapraszam, do zapoznania się z tymi krótkimi biogramami, zanim pójdziecie zobaczyć je „w realu” w Pałacu.

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.1018658658154717.1073741854.545578988796022&type=1&l=03c0d58c00