Category: Wolontariusze


Czytam komentarze pojawiające się pod rozmową na temat przyszłości parku,  którą zaproponował redaktor Dziennika Wschodniego  pan Paweł Buczkowski, zainteresowany moim punktem widzenia przedstawionym w „Ponurej wyliczance…” . Czytam i nie mogę momentami wyjść z podziwu, co potrafią niektórzy ludzie pisać, gdy mogą to zrobić anonimowo, więc bez publicznej kompromitacji własnej osoby.

http://www.dziennikwschodni.pl/pulawy/pulawy-zamknijmy-park-czartoryskich-ale-przed-wandalami,n,1000194893.html

Brak elementarnej wiedzy na temat faktycznego stanu prawnego zespołu pałacowo-parkowego, czy celowe przekłamywanie, niecne insynuacje – wszystko to w gruncie rzeczy było do przewidzenia, podobne bowiem głosy, zbierała w swoim czasie facebook’owa strona  – „Park Czartoryskich dla każdego” .

W tej sytuacji, może zacznę od przypomnienia paru faktów, które warto sobie przyswoić.  IUNG-PIB w Puławach jest właścicielem – tj. posiada notarialny akt własności na wszystkie budynki i zabytki ruchome na terenie zespołu pałacowo –parkowego, z wyjątkiem Domku Greckiego, kładki nad Głęboką, Pałacu Marynki  oraz kościoła z dzwonnicą.  Sam teren parku, jest własnością Skarbu Państwa, do którego na zasadzie użytkowania wieczystego ma prawo IUNG. Ustawa o ochronie zabytków, jasno mówi, że podział takiego zespołu na działki z różnymi właścicielami jest zagrożeniem dla integralności zabytkowego założenia, w praktyce więc, wnioski o taki podział są odrzucane, nawet gdy stoją za tym wnioskiem rzeczowe argumenty. Czemu kościół należy do parafii, nie muszę chyba tłumaczyć, Pałac Marynki był i jest siedzibą Zakładu Pszczelnictwa, który po restrukturyzacji puławskiego instytutu znalazł się pod zarządem Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach, stąd inny właściciel. „Miasto”  przeprowadziło adaptację pozostawionego odcinka historycznej Głębokiej Drogi  i przejęło odpowiedzialność za zabytkową kładkę, po tym, jak ta część historycznego ogrodu została decyzją urzędniczą odcięta od całości poprzez przeprowadzenie wykopu dla nowej ulicy Głębokiej. Pozostała po zrujnowanej oranżerii część Domku Greckiego została jak wiemy,  zaadaptowana przez „Miasto”  na cele biblioteczne.

Trudne czasy transformacji ustrojowej w Polsce  dotknęły,  jak wszystkich, instytut rolniczy. W IUNG też musiano zwolnić mnóstwo ludzi, a w pierwszej kolejności zredukowano te etaty, które nie były stricte  związane z nauką. Radykalnie zmniejszyła się ilość pracowników bezpośrednio odpowiedzialnych  za utrzymywanie zieleni parkowej. W tym ludzi odpowiedzialnych za zamykanie po zmierzchu wszystkich bram i patrolujących z psami, w nocy, teren parku. Pozbyto się wtedy też koni, niezbędnych  z punktu widzenia przepisowej pielęgnacji drzewostanu w historycznym ogrodzie. To nie była nieistotna dla utrzymania parku decyzja. Przepisy mówią, że w takim miejscu nie wolno korzystać z  ciężkiego mechanicznego sprzętu, którego koła tworzą koleiny i ugniatają ziemię. Do usuwania powalonych drzew, czy wyciągania karp potrzebna jest siła przewyższająca ludzkie możliwości i dobra praktyka ogrodnicza jak i właśnie stosowne przepisy mówią, że w takich sytuacjach dozwolone jest korzystanie  tylko  z pomocy koni.  I w taki  właśnie sposób do dzisiaj  postępuje się w historycznych ogrodach  Europy Zachodniej. Gdy  na początku wieku,  po katastrofalnej wichurze,  nad Łachą  było dużo powalonych drzew, nikt nie próbował nawet upierać się na tym, jak to zgodnie ze sztuką trzeba zrobić, mimo,  że w zaleceniach konserwatorskich pojawił się stosowny akapit,  zignorowany niestety,  z opłakanymi dla parku skutkami.  Do akcji usuwania potężnych pni  zaangażowano dźwigi, które  rozwiązały problem wywiezienia wiatrołomów, ale zrujnowały zupełnie ziemne ścieżki wzdłuż Łachy, bo nie oglądano się na to, że wilgotna gleba, o takiej strukturze jaką tam mamy,  jest jak plastyczna glina – odkształcona pod ogromnym ciężarem samochodów, które wywiozły pnie drzew,  po wyschnięciu stwardniała w takiej bezładnej postaci, cała w koleinach, stwarzając idealne warunki do powstawania kałuż  i mało komfortowego dla spacerujących ” błocka”.  Niby nie na temat, ale daje to wyobrażenie o tym, jakie potrzeby pociąga za sobą prawidłowa pielęgnacja historycznego ogrodu i przed jakimi wyzwaniami staną ci, którzy chcieliby działać zgodnie ze sztuką i przepisami.

A wracając do meritum – IUNG w walce o przetrwanie, przez kolejne lata  pogłębiających się kłopotów finansowych, bilansuje swój budżet, stopniowo wyprzedając swój niegdyś wielki majątek. Dopiero w  ostatnich latach, produkcja rolna przynosi istotne zyski z dotacji unijnych i gdyby ziemi tej było tyle co niegdyś, można by prawdopodobnie,  z kontrybucji z poszczególnych zakładów doświadczalnych, mieć fundusze na utrzymanie historycznego ogrodu.   W ubiegłym roku pieniądze pozyskane w ten sposób IUNG przeznaczył na sfinalizowanie rozliczeń z firmą budowlaną, która przeprowadziła prace na dziedzińcu przednim. To oczywiste, że nieodwracalnie kończą się czasy, gdy instytut będzie stać na luksus bycia bezinteresownym patronem zespołu pałacowo-parkowego. tym bardziej, że społeczne oczekiwania są coraz większe. Najwyższa pora by myśleć o jakiejś nowej formule, która zapewni nie tylko przetrwanie obiektu, ale też przywrócenie i trwałe utrzymanie jego świetności. Nie chcę, znowu robić za Kasandrę, ale może tak być, że park  już definitywnie ma za sobą swoje „lepsze czasy” i prawdziwe kłopoty dopiero nadejdą.   Dobrze byłoby, gdyby udało nam się teraz,  póki większość trudnych do utrzymania obiektów jest w dobrym stanie , (co w przypadku zabytkowych budowli,  w naszym klimacie, nie trwa przesadnie długo) znaleźć dobre rozwiązanie.  Dobrze by było, gdyby ta „forma” potrwała jak najdłużej, bo społecznie można park sprzątać, ale remontu konserwatorskiego już raczej się nie przeprowadzi. Dlatego warto zrobić wszystko, by nie pozwolić wandalom zmarnować tego, co już zostało zrobione i z korzyścią dla miasta spożytkować  jak najlepiej ten moment, gdy nie wszystko wymaga ratunku i natychmiastowych gigantycznych funduszy. Należy się uczyć się na cudzych błędach, patrząc chociażby na los Hiszpanii, która roztrwoniła dotacje unijne na utopijne, przeinwestowane projekty,  a obecnie topi w długach  całe społeczeństwo, i  nie iść taką samą drogą.

Z niepokojem patrzę na Pałacyk Marynki, który, jako mniejszy – teoretycznie byłby mniejszym wyzwaniem dla nowego właściciela, ale choć kolejny raz wystawiany na sprzedaż, nie znajduje nabywcy, choć pozornie, wydawałoby się oczywiste, że powinien być wykupiony na własność dla  „miasta”. Ten zabytek po wyremontowaniu, właściwej iluminacji i ogarnięciu zieleni byłby najlepszą z możliwych reklam całego kompleksu pałacowo-parkowego, który sprowokowałby turystów jadących obok niego  tłumnie do Kazimierza,  do zatrzymania się i przechadzki po parku. I tu dochodzimy,  do zarzuconej koncepcji, „odwrócenia ruchu turystycznego” autorstwa  pierwotnego składu ekipy pracującej nad powołaniem Fundacji Wspierania Historycznego Ogrodu Puławskiego, która zakładała, że strefa parkingowa dla autobusów i samochodów osobowych, powstanie właśnie obok Pałacu Marynki, na placu, który zresztą wg obecnie obowiązującego planu zagospodarowania miasta, przeznaczony jest na cele turystyczne, a który zajmują jakieś składy, szopy etc.  Stamtąd turyści mieli rozpoczynać spacer w kierunku pałacu i po zrobieniu pętli w czasie której „zaliczaliby” kolejne obiekty,  wracaliby do aut i podążali dalej do Kazimierza czy Warszawy. Ten plan miał „ręce i nogi”.   Tu mógłby być  zlokalizowany punkt sprzedaży biletów z mapką z trasą do przejścia, razem  z poborem opłat parkingowych, zapleczem sanitarnym czy sklepik z pamiątkami itp.   Namiastką tego projektu jest parking dla autobusów przy Samotni i kuriozalna lokalizacja publicznych szaletów nieomal vis a vis  Pałacu Marynki. Turyści, w licznych „autobusowych”  grupach zmuszeni są do wędrówki wąziutkim chodnikiem w górę ulicy Głębokiej, co nie jest dla nich ani wygodne, ani bezpieczne i jest czystą stratą czasu i energii,  bo powinni iść już przez historyczny ogród.

Kawa na ławę:

Wbrew sugestiom komentujących „sceptyków” niepotrzebny jest drut kolczasty pod napięciem i inne „śmiałe” pomysły. O finansowaniu utrzymania parku pora zacząć trzeźwo myśleć i nie bać się rozmawiać, jeśli do  znienawidzonych, bo przymusowych „prac społecznych”  nikt nie chce wracać.

Tu  nie ma co „wyważać otwartych drzwi”. Trzeba skorzystać z istniejących i działających na świecie rozwiązań i skompilować z nich taki wariant, który najlepiej się sprawdzi w naszej sytuacji. Na przykład, można by tak to zorganizować, że na każdym oficjalnym wejściu wisiałaby tablica z  informacją o godzinach otwarcia parku uwzględniającą okres , gdy zmierzch zapada wcześniej oraz informacja, że bezpłatny wstęp jest dla okazicieli identyfikatorów, (które byłyby wydrukowaną kartą wstępu, ze zdjęciem i kodem prążkowym przysługującą każdemu mieszkańcowi Puław). Informacja  przy wejściu precyzowałaby, że  tak jak w pociągu – bilet w kasie kosztuje tyle a tyle, lecz może być tez wydany w parku, jednak w odpowiednio wyższej cenie. (Powyższe informacje, wraz z mapką z rozmieszczeniem zabytków i wytyczoną trasą do przejścia musiałyby być opublikowane na stronie internetowej muzeum – aby nikt nie był zaskoczony po przyjeździe i był uprzedzony gdzie może postawić samochód  i co robić dalej. Teraz przecież każdy planujący zwiedzania zaczyna od sprawdzenia takich informacji przed wyjazdem w internecie.)  Do kontrolowania posiadania biletu lub karty upoważnieni byliby pracownicy muzeum, strażnicy i ewentualnie wolontariusze z identyfikatorami, oni też mogliby wypisać w parku taki droższy bilet, dla tych, którzy spacerowaliby bez takowego.  Wprowadzić, nauczyć i egzekwować – kontrolować wyrywkowo spacerujących po parku, niestosujących się do reguł gry, próbujących się wycwanić  turystów  „kasować” z tą nieco wyższą kwotą, a miejscowi  nauczą się przychodzić z identyfikatorem do parku by uniknąć tłumaczenia się przed „kontrolerem”. Oczywiście pierwszym krokiem, musi być uszczelnienie ogrodzenia ogrodu. Normalni turyści przecież nie będą się z dziećmi i babciami przedzierać przez płoty czy mury. Wprowadzić i egzekwować regulaminowe  kary, dla tych, którzy znajdą się po zamknięciu ogrodu na terenie parku, nawet, jeśli nie zostali złapani na „gorącym uczynku” niszczenia czegokolwiek, aby oduczyć hulaszczych zachowań.  Na początek, trzeba wyciąć trochę samosiewów by otworzyć zarośnięte „okna widokowe” czyli przywrócić to co najistotniejsze w ogrodzie krajobrazowym, wytyczyć  trasy i o te trasy zadbać w pierwszej kolejności. Tam gdzie trzeba,  wyrównać ziemne alejki, by nie było drastycznie nierównych odcinków, na których potykaliby się spacerujący. Trzeba wykonać takie niezbędne prace, jak odmalowanie  zasmarowanych bazgrołami ścian Bramy Rzymskiej, czy oczyszczenie z napisów ceglanych murów. Gdy park będzie zamknięty i skutecznie kontrolowany, nie będzie w nim tyle co dzisiaj śmieci, zresztą  spacerujący kontroler, może być wyposażony w  chwytak do śmieci i worek, by na bieżąco zbierać po flejtuchach. Teraz, w walce o stypendium, pracę,  młodym zależy by mieć co wpisać w swoje C.V,  a  praca w charakterze wolontariusza jest mile przez pracodawców widziana. Należałoby  więc stworzyć  takie warunki, by móc skorzystać i z takiej pomocy w nadzorowaniu  i utrzymaniu parku. Muszą być też większe ilości  koszy na trasach, aby nie dawać pretekstu do rzucenia śmieci w krzaki, gdy nie będzie kosza. Ławki też oczywiście. Gdy nie będą non stop niszczone, będą służyły dłużej i będą wyglądały lepiej. O resztę Dzikiej Promenady będzie można zadbać trochę później, gdy park zacznie na siebie zarabiać. Jeśli okaże się, że potrafimy wyeliminować nieproszonych gości i kontrolować  zachowanie tych, którzy są w ogrodzie, można przejść do kolejnego etapu,   tworzenia punktów z zielenią ozdobną  w miejscach, w których docelowo powinny stanąć elementy małej architektury obecnie pochowane przed wandalami. Jeśli zieleń będzie rosła bez „przygód”, to znaczy nikt nie będzie jej niszczył ani rozkradał,  można zaryzykować i rozpocząć proces relokacji  elementów  małej architektury w miejsca, skąd zostały zabrane,  by uchronić je przed chuliganami. Rozpocząć ten proces, należy  od tych  zabytków, które potencjalnie najmniej będą zagrożone aktem wandalizmu, z od razu instalowaną, ukrytą, przenośną kamerą, Gdyby system już działał i nie było żadnych incydentów świadczących o grożącym ruchomemu zabytkowi niebezpieczeństwie, stopniowo przywracać ogrodowi kolejne elementy. Jeśli nie, to zakładając zarejestrowanie przestępstwa nagłośnić sprawę, jeśli udałoby się sprawcę schwytać na gorącym uczynku i tak do skutku, do wyeliminowania takich incydentów.

Sposobów finansowania utrzymania parku trzeba szukać na wszelkie sposoby. Kiedyś IUNG, wykonywał własnymi środkami jakieś prace, remonty, później zwracał się o refundację do instytucji zajmujących się opieką nad zabytkami i z reguły dostawał te kwoty, o które wnioskował. Ostatnie lata to pozyskane granty z UE. Jeśli przyjdzie się zmierzyć z samodzielnym finansowaniem to musimy być na to jak najlepiej przygotowani i dobrze byłoby, żebyśmy nie musieli znowu zaczynać od zera,  jak wtedy gdy podpalono Domek Aleksandryjski. Trzeba pamiętać, że podatnicy,  w ciągu kilkunastu lat, dwa razy zapłacili za nowy dach do tego pawilonu. Dlatego tak ważne jest skuteczne wyeliminowanie wpływu wandali na utrzymanie zabytkowego ogrodu. A im więcej pieniędzy będzie do dyspozycji tym więcej dla parku będzie można zrobić, więc docelowo to właśnie mieszkańcy Puław skorzystają na tym najwięcej, gdy będą mieć do dyspozycji zadbany obiekt.

Na koniec, trochę „prywaty”.

Dla uspokojenia zirytowanych moimi propozycjami,  spieszę zapewnić, że to moje prywatne przemyślenia, za które ani IUNG, ani tym bardziej nikt inny mi nie płaci. 🙂 ani nikt mnie do ich przedstawiania nie nakłania, (wręcz przeciwnie nawet …) a jedyne co mną powoduje, to autentyczna troska i chęć zahamowania procesu niekończącej się degradacji  puławskiego parku. Taki zarzut padł, w anonimowych komentarzach w Dzienniku.  Zgodnie zresztą z moimi oczekiwaniami, komentarze w różnych miejscach umieszczane są różne. Jedne rozsądne, drugie mniej, inne zupełnie „od czapy” . Wiem, że niektórym cięzko będzie zrozumieć,  że  można „myśleć i pracować po godzinach” w dodatku za darmo, dla idei. Przyznam, że  przykro mi, gdy czytam zarzuty, że uzurpuję sobie prawa do poruszania  sprawy historycznego ogrodu.  Powinna to robić głośno i wydajnie Fundacja, ale nie mogę się jakoś tego doczekać.  Z mocy stosownych ustaw, właściciel obiektu zabytkowego jest zobowiązany do upowszechniania wiedzy na temat zabytku,  co IUNG przez lata realizował m. in. za pomocą logo z Sybillą, które prowokowało do pytań o jego znaczenie, na całym świecie. Ponieważ zauważam niski poziom wiedzy na temat puławskiego ogrodu krajobrazowego, nawet wśród naukowców z IUNG, nawet wśród tych, którzy z obowiązku, ze względu na podejmowane decyzje powinni posiadać elementarną wiedzę na temat stosownych praw i wymogów historycznego ogrodu krajobrazowego,   całodobowo poszukuję sposobu  jak zainteresować tym tematem lokalną społeczność, upowszechnić wiedzę na ten temat i wyjaśnić komu i co  można,  czego nie powinno się oczekiwać w zabytkowym założeniu ogrodowym i w którym kierunku powinny iść zmiany. Posty na  założonej i prowadzonej przez mnie facebook’owej stronie „Park w Puławach”  docierają  czasami nawet do  20 tysięcy osób, strona ta ma  ponad 2400 fanów , choć tylko ponad 700 osób jest z Puław; to reszta rekrutuje się aż z 42 (sic!) krajów świata. Nie wiem,  czy udałaby mi się ta sztuka, gdybym patrzyła,  ile mi  płacą, bo nijak się ma moja pensja do mojego zaangażowania w sprawę parku.  By zarejestrować FWHOP też nie pytałam, czy ktoś zwróci mi poniesione na  zorganizowanie wielu spotkań  prywatne koszty. Od kilku lat, społecznie pracuję na rzecz parku, a efekty mojej pracy „po godzinach pracy w IUNG” i pracy  przyciągniętych do parku innych wolontariuszy,  widać w Dolnym Ogrodzie i da się już przeliczyć na tysiące złotych. Faktem jest również to, że poza czasem spędzonym w  pracy, o tym jak rozwiązać problem rewitalizacji ogrodu Księżnej Izabeli myślę nieustannie. Czasem  przypominam sobie słowa Friedrich’a Oetinge’a: „Panie, daj mi siłę, abym zmieniła to, co zmienić mogę; daj mi cierpliwość, abym zniosła to, czego zmienić nie mogę i daj mi mądrość, abym odróżniała jedno od drugiego.”  Cierpliwości niestety mi brakuje; a i tak czekałam prawie 20 lat. Mam jeszcze nadzieję, że nie pomyliłam się, co do oceny sytuacji, bo parkowe problemy  okradają mnie i moją rodzinę z czasu, który zamiast im, parkowi poświęcam, zubażają mój portfel i rujnują zdrowie i jeśli nic dobrego ta moja „krucjata” nie przyniesie,  to znaczy, że zmarnowałam  dużo.

Wiem jedno; IUNG jako właściciel obiektów, zrobił co mógł w  sprawie utrzymania zabytków w osadzie pałacowo-parkowej, ale wobec wymuszonego całodobowego otwarcia ogrodu  nie jest w stanie spełnić niczyich oczekiwań jeśli chodzi o estetykę parku. Przekonałam dyrekcję IUNG, by wystąpić z pisemną, oficjalną prośbą do Rady Miasta Puławy i (podobno) nie pomyliłam się co do przewidywań, że radnym musi  zależeć na polepszeniu sytuacji w parku. Radny Kwapiński i Maj zadeklarowali przecież publicznie, że realne jest pierwsze od wielu lat finansowe wsparcie ze strony Miasta,   więc nadzieja na realną współpracę dla dobra parku,  nie jest być może płonna.

Tak dla pamięci, dodaję tu link do wypowiedzi dyrektora Oleszka na temat sposobu użytkowania parku https://www.youtube.com/watch?v=Jz1j14tANiA

 

 

 

Reklamy

Rozumiem prawną zasadę, która mówi, że o jakichkolwiek zmianach wpływających na wygląd zabytku decyduje Wojewódzki Konserwator Zabytków. Nie rozumiem jednak, czym się kieruje ten urząd. bo wynik wielu tych decyzji, bywa opłakany, a co gorsza, często nieodwracalny. I tak, aby wybudować wielki budynek  Puławskiej Szkoły Wyższej na ul.4-go Pułku Piechoty konieczna była zgoda urzędników z WUOZ. Budynek stoi, czyli akceptacja była. Tego samego urzędu,  który wcześniej domagał się w wytycznych konserwatorskich  „likwidacji ogródków działkowych ” na tej samej ulicy, ze względu na wprowadzającą chaos w krajobrazie „architekturę” mniej lub bardziej  prowizorycznych altanek działkowych w otaczającej historyczny ogród przestrzeni i będących dysonansem dla zabytkowych budowli w krajobrazie. Niemniej, altanek działkowców nie było widać przynajmniej z poziomu Dolnego Ogrodu, a wybudowane  niedawno gmaszysko  dominuje nad całym Dolnym Ogrodem i stanowi zupełnie niekompatybilne  dla Domku Chińskiego tło. Jeszcze gorzej wygląda to od stony Wisły. Gdy jesteśmy odpowiednio daleko, ze szczytu Góry Puławskiej , Pałac Książąt Czartoryskich nadal stanowi wyraźną dominantę, zanurzony w zieleni parkowych drzew. Niestety, gdy zbliżymy się do rzeki  nie da się ukryć faktu, że władze, które mają obowiązek chronić krajobraz kulturowy dla przyszłych pokoleń, odpowiednimi decyzjami wpływając na zahamowanie rozwoju chaotycznej, prywatnej zabudowy,  zawiodły na całej linii. Pozwalano bowiem, na powstawanie kolejnych prywatnych domów, a na końcu  zezwolono na wybudowanie nawet tak dużego obiektu. Gdyby w Puławach nie było innych terenów na tego typu inwestycje, można by to usprawiedliwić, lecz że jest zupełnie inaczej, wina jest ewidentna i wiadomo konkretnie czyja. Jesli potrzebuję do czegoś „władzy”, to do myślenia w „szerszych, perspektywicznych planach” i dbania o „dobro ogółu” ponad interes poszczególnych jednostek. To dziwne,  jak „urzędnicy – władcy” ulegają łatwo wobec partykularnych interesów poszczególnych, indywidualnych inwestorów. Ta sama władza, potrafi zablokować inwestycję podmiotowi państwowemu, który  nie ma możliwości skorzystania ze „wszelkich sposobów perswazji” w tym,  tych mniej legalnych też.  Ostatnio, skierowaliśmy do WUOZ pismo z prośba o akceptację nasadzeń uzupełniających, w miejscu martwych jałowców przed Domkiem Chińskim. Wydawało nam się, że posadzenie w takim osłoniętym od wiatru miejscu różaneczników będzie idealnym rozwiązaniem, tym bardziej, że od lat w tym miejscu  rosną tylko pokrzywy wymieszane z podagrycznikiem.  Konserwator Zabytków nie wyraził zgody na posadzenie zimozielonych, ozdobnych krzewów w tym miejscu,  w parku. Dlaczego? Bo jak napisano,  kiedyś, (gdy stanie się cud i znajdziemy sponsora na kompleksową rewitalizację parku), różaneczniki nie będa pasowały do starej/nowej koncepcji. Tak tak, pokrzywy „pasują” do zabytku, różaneczniki mniej, wedle logiki Konserwatora. Ale, ale…. rozgadałam się nie na temat 🙂   Revenons à nos moutons!

Przy okazji prowadzonych  w 2015 roku prac na dziedzińcu przednim, gdy zlikwidowano  istniejące tam miejsca parkingowe i zerwano asfalt, by w to miejsce  ułożyć  nawierzchnię nawiązującą do zastosowanej przed laty, na dziedzińcu paradnym,  cegły klinkierowej, pomyślano, by jakoś uatrakcyjnić  zieleń na tym obszarze.  Przygotowałam kilka wersji projektowych, z których jedna została zaakceptowana przez WUOZ. Chcieliśmy wzdłuż chodników z piaskowca zastosować pas z  zimozielonej Trzmieliny Fortune’a . Jednak w naszej parkowej skali, wszystko jest w rozmiarze XXL. Ilość potrzebnych sadzonek do zrealizowania tego nasadzenia, a co za tym idzie, kwota, za jaką trzeba by zrealizować takich zakup, przekraczała możliwości IUNG.  FWHOP też ma pustki w kasie po opłaceniu prac „budowlanych” na dziedzińcu przednim.

Zwróciliśmy się z prośbą do Pana Lucjana Kurowskiego, który od lat utrzymywał kontakty z opiekunami parku, podarował parkowi między innymi kolekcję pnączy, rosnących od wielu lat w Dolnym Ogrodzie i wiele innych roślin ozdobnych. Pan Lucjan nie wyczarował dla nas całej potrzebnej ilości sadzonek, ale sprezentował nam kilkadziesiąt dorodnych trzmielin w odmianie „Emerald Gaiety”, starannie wybranych, „sztuka w sztukę” najładniejszych. Niestety, to tylko ułamek całej potrzebnej ilości. Jednak kiedyś Pan Kurowski powiedział nam, że „daje nam wędkę, a nie rybę” – w tym przypadku, pozyskane za darmo trzmieliny wolontariusze wysadzili „tymczasowo” w Dolnym Ogrodzie, gdzie będą przez nich „zaopiekowane” – tj. podlane i oplewione, a z czasem, będziemy mogli na bazie tych roślin dokonać podziału na wiele, wiele ukorzenionych sadzonek. Jeśli zimy będą tak łagodne, jak do tej pory, jest nadzieja, że za kilka lat ten plan nasadzeń na terenie dziedzińca przedniego uda się zrealizować. Ze szczerego serca podarowane, powinny rosnąc jak na drożdżach!

Tu link do strony internetowej naszego Ofiarodawcy

http://kurowski.pl/

To już kolejny rok, gdy w parku działają wolontariusze – emeryci. Cześć członków Klubu Ogrodnika na Uniwersytecie Trzeciego Wieku  wykruszyła się po roku uczestnictwa , ale mamy „nowe dusze”, a ilość chętnych do społecznej pracy na rzecz parku zdecydowanie przeszła z ilości chętnych do pracy  w intensywność zaangażowania w pracę. Ci, którzy przychodzą pracować, zadziwiają stopniem oddania pracy, precyzją, dpowiedzialnością i wkladanym w każdą wykonywaną pracę wysiłkiem oraz poświęceniem. Najbardziej „wkręceni” w projekt,   pracuja coraz więcej i intensywniej.. Na profilu „Park w Pulawach” na facebook’u  staram się dokumentować fotografiami obecnośc i  postępy w wykonywanych przez wolontariuszy prac oraz  piszę krótkie komentarze do tych zdjęć. Śledzić więc na bieżąco ich działalność w parku można zaglądając od czasu do czasu na poniższy, stale aktualizowany album: Staram się pokazać wszystko i wszystkich, ale nie zawsze udaje mi się wszystko zrejestrować, bo pracują w różnych miejscach ogrodu w tym samym czasie, a często sami, bo to tego typu pracownicy, ktorych nie tylko nie trzeba opłacać,  ale nawet nie ma potrzeby kontrolować., bowiem pracują tak dlugo jak mogą i mają siłę i czas,  zawsze najlepiej jak potrafią.

Tu link do prac wykonywanych przez wolontariuszy w tym roku:

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.1035986649755251.1073741856.545578988796022&type=1&l=b18de982bc

Na facebooku’u jest też taki album dotyczący  tego co zdziałali wolontariusze w ubiegłym roku, a działo się sporo. Wolontariusze przepracowali w 2014 i 2015 r łącznie blisko 600 „roboczo-godzin” na rzecz parku i dzięki nim Dolny Ogród, ( bo tam skupiamy swoją pracę),  zmienia się na lepsze.

Link do fotorelacji z ubiegłorocznych prac społecznych:

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.915589165128334.1073741849.545578988796022&type=1&l=a1f7b501b7

 

 

Przez kolene sezony wegetacyjne walczyłam jak Don Kichot z wiatrakami w Dolnym Ogrodzie. Otrzymałam w tym czasie gorzką lekcję życiową, ale mimo wszystko, staram się patrzeć z ufnością w „nadziejną przyszłośc”.  Opornie idzie zmienianie nastawienie tych, którzy teoretycznie powinni wspierać działania mające na celu przywrócenia urody chociażby fragmentowi historycznego ogrodu.  Jednak, mimo wszystko oceniam ostatnie zmiany na plus. W utrzymanie Dolnego Ogrodu zaangażowała się zdecydowanie bardziej niż kiedykolwiek,  szkoła mająca tam swoją siedzibę. Dyrektor zdecydował,  że uczniowie  I Gimnazjum dla Młodzieży z Oddziałami Przysposabiającymi do Pracy czasami grabią liście, koszą trawniki i realizują różne wyznaczone im zadania, w zakresie w jakim im się uda, ale to dużo lepsze niż nic. Pod nadzorem nauczycielki starają się prowadzić cięcia pielęgnacyjne krzewów, czy wykonują rozliczne prace porządkowe, wspierając przy tym działania wolontariuszy.  Kto zaglądał do tej częsci historycznego ogrodu, wie,  że pozytywnych zmian, szczególnie w czasie tego roku, jest dużo. Połowa trawnika (ta koszona przez szkołę)  pierwszy raz od kilku lat miała przyzwoity wygląd przez cały sezon wegetacyjny. IUNGowi nie udało się uporać z pozostałą częscią, ale w krytycznym momencie przyszli na pomoc wolontariusze. Bo właśnie wolontariusze  zwerbowani na puławskim Unwersytecie III Wieku stanowią najwspanialsze „zjawisko” w parku, jakie mogło się przydarzyć!. Najwytrwalsi przychodzą prawie w każdym tygodniu do pracy i w ten sposób dają niezwykłą motywację do działań młodzieży z  tej specyficznej szkoły. Myślę, że akurat dla nich, są najlepszym przykładem, jaką postawę można przyjąć w życiu. Postawę, której chyba nie znali. Uroczy, dojrzali  ludzie, którzy dobrowolnie poświęcają swój czas, by zmienić połacie porośnięte chwastami w kwietne klomby, a zaniedbanym krzewom przywrócić ich urodę działają (jak się okazuje) na młodzież inspirująco. Nasz najstarszy wiekiem i stażem w pomaganiu, wolontariusz, Pan Wolski,  nie może się nadziwić, że tylu podobnych do niego zapaleńców znalazłam – do niedawna kręcił głową na moje wizje parku pod opieką wolontariuszy mówiąc,   „oj, to się nie uda” – a teraz i on zaczyna patrzeć w przyszłośc z większą nadzieją.

W albumie fotograficznym profilu „Park w Puławach” na facebook’u umieszczam zdjęcia z kolejnych dokonań wolontariuszy. Zachęcam, by zobaczyć, co robią:

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.915589165128334.1073741849.545578988796022&type=1&l=4ff49fbd4a

Nie tylko pracują, przynoszą własne rośliny na matecznik, używając własnych narzędzi etc, etc.. Dają przkład, że „to się może udać”! 🙂

Jak mówi bodajże chińskie przysłowie  „Ci  którzy twierdzą, że coś jest niemożliwe nie powinni przeszkadzać tym, którzy właśnie to robią”.  Ileż ja się nasłuchałam, że jestem ciężko naiwna, sądząc, że znajdę takich podobnych do siebie „szaleńców i głupców” , którzy poświęcą swój czas, pieniądze i wysiłek by w parku było ładniej. Sceptycyzm – to najdelikatniej ujmując reakcja ludzi na moje wizje, że Puławiacy sami będą dbać o park, że mogą to zrobić, że potrafią i że efekt może być docelowo porównywalny z zadbanymi historycznymi ogrodami. Że jestem z natury marzycielką, to myślę sobie, że z czasem, gdy efekty  pracy naszej małej grupy wolontariuszy, zaczną być widoczne, może znajdą się „poważni” (tzn. z duża gotówką 🙂 ) sponsorzy, którzy pomogą zrealizować większe wyzwania finansowe  (np. zakup kosiarki) czy nawozów, a potem systemu nawadniania, czy monitoringu  etc.. Wśród okolicznych szkółkarzy wiem, że znajdą się potencjalni hojni darczyńcy, gotowi  nieodpłatnie przekazać parkowi materiał szkółkarski do nasadzeń. Brakowało do tej pory możliwości wykorzystania takich obiecanych darów. Bo ktoś musi przygotować miejsce do sadzenia, ktoś musi te rośliny posadzić, potem zadbać o nie po posadzeniu, by ich chwasty nie zarosły lub by po prostu nie uschły. Musimy zapewnić darczyńców, że ich  rośliny nie zostaną zmarnowane i by w kolejnych latach, ofiarodawcy czy sponsorzy, czuli satysfakcję patrząc na upiększony ich roślinami zakątek,  a nie żałowali  swego gestu patrząc na zmarnowane  rośliny.  Osobiście, poważnie obawiam się,  że  świeżo posadzone rośliny  pozbawione chociażby ochrony w postaci zamkniętych furtek i bram po zmierzchu, bez nadzoru zostaną przez naszych miejscowych zwolenników pozyskiwania roślin za darmo rozkradzione.  Może jak posadzi się jednorazowo kilkaset egzemplarzy to starczy i dla złodziei i dla parku?   Przytoczę tu  historię nasadzenia publicznego, po wymianie  nawierzchni chodników  na ul  Piłsudskiego, Jeżdżąc  codziennie  tą ulicą patrzyłam ze zgrozą, jak giną i znikają  w oczach  posadzone wzdłuż  chodnika krzewy ozdobne. Tam to była złotolistna odmiana Pęcherznicy kalinolistnej, której nie zapewniono podlewania po  posadzeniu. Sama widziałam nobliwego pana, który w biały dzień wyrwał i włożył sobie do torby taki mały krzaczek. Że mam naturę, jaką mam, zahamowałam  z piskiem opon i wrzasnęłam do mężczyzny, co czyni!? On mi na to  odparł, że „ratuje ten krzew przed uschnięciem” . Zamilkłam, bo przyznałam mu ze smutkiem rację.  Dziś nie ma na tej ulicy (odcinek od skrzyżowania z ul. 4-go Pułku Piechoty i ul. Piaskową)  tych krzewów, chociaż my jako podatnicy zapłaciliśmy za upiększenie jej poboczy. „Świadectwem”  tego nasadzania  jest kilka tych krzewów, które przetrwało na wysokości parkingu przy „Biedronce” – tam najtrudniej było dyskretnie „podprowadzić”  młode krzewy.  Bo tam ludzi najwięcej i najdłużej oświetlone po zmroku.

Gdy przestano wreszcie blokować  inicjatywę, by zwerbować wolontariuszy  na Uniwersytecie Trzeciego Wieku,   widać , że jest to „strzał w dziesiątkę”.  To jest środowisko ludzi, którzy już od dawna udzielają  się społecznie. Są tam ludzie wspomagający pracę Hospicjum, Domów Opieki.  Ludzie mający chęć poświęcenia swojego czasu  dla innych. Nie ma „najemnego” pracownika, który by pracował z podobnym zaangażowaniem, starannością i wysiłkiem jak wolontariusz.  Na razie skupiamy swój wysiłek na Dolnym Ogrodzie, bo to fragment parku, który jest najmniej „zapuszczony”, gdyż  dopiero od kilkunastu  lat zaniechano jego pielęgnacji. Przez  długi czas, największa ilość  pracowników IUNG  pracowała właśnie w tym  rejonie, a odgrodzenie tego terenu od złodziejaszków  chroniło długi czas sadzone tam rośliny ozdobne. I teraz ten teren traktujemy jak matecznik roślin ozdobnych, które z czasem pojawią się (mam nadzieję)  w terenach otwartych dla spacerujących po parku.

A oto zdjęcia z ostatniej „akcji”  studentek. Pani Alicja, Bożena, Jadwiga i Maria –  posadziły 60 krzewów róż. Przedtem musiały przekopać, oczyścić  ze śmieci i chwastów ziemię. Nauczyły się przy okazji, jak ciąć krzewy róż w trakcie sadzenia.

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.908330779187506.1073741848.545578988796022&type=1&l=fb7ece935b

Od tygodnia ,w sumie, w Dolnym Ogrodzie pojawiło się 90 krzewów róż, które ofiarowała parkowi pani Eliza Wojczakowska. I to podobno, jeszcze nie ostatnie słowo tej Pani w sprawie róż :-). Wypada tylko podziękować i się cieszyć !

Trochę to potrwało, zanim pomysł wdrożenia w Puławach systemu opieki nad historycznym ogrodem stosowanym z powodzeniem od ponad wieku w krajach zza Żelaznej Kurtyny mógł stać się „ciałem” w Puławach. Do pełnego sukcesu pewnie jeszcze daleko, ale mamy juz pierwsze „jaskółki”, że jesteśmy na dobrej drodze. Większość najpiekniejszych i nasłynniejszych historycznych ogrodów Wielkiej Brytanii udostępnionych publiczności jest w rękach i pod opieką fundacji „National Trust” – działającej od ponad wieku, w oparciu o darowizny, składki czlonkowskie oraz pracę wolontariuszy. Fakt, że Wielka Brytania to kraj, słynny z tradycji ogrodniczych, o wysokiej kulturze społeczeństwa, w którym najczęściej deklarowanym przez obywateli hobby jest ogrodnictwo, ułatwia niewątpliwie utrzymanie ogrodów na poziomie nie tylko satysfakcjonującym, ale zwykle wręcz zachwycającym, wszystkich zwiedzających tamtejsze ogrody. W Polsce, wielu młodych ludzi uważa, że praca za darmo, dobra jest dla „frajerów”, część starszych mówi, że „swoje musieli już odpracować” w ramach przymusowych prac społecznych epoki socjalizmu. Na szczęście są jednak wśród nas ludzie, którzy nie szukają argumentów „przeciw”, lecz gotowi są zaangażować swoje siły i czas w prace porządkowe i ogrodnicze w parku. Zrekrutowani w środowisku ludzi, którzy z założenia, chcą być aktywni, chcą się rozwijać i są panami własnego czasu – bo naszymi pierwszymi stałymi wolontariuszami są  studenci Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Od lat zresztą, najwięcej prac na terenie parku wykonywali emeryci-wolontariusze. Latami nie potrafili się rozstać z pracą w parku pracownicy IUNG, pan Adam Wołk i pan  Bogumił Rembowski, którzy długo, po przejściu na emeryturę, przychodzili do Dolnego Ogrodu, by pielęgnować kolekcję krzewów, pnączy  i bylin ozdobnych. Po raz kolejny wspomnieć muszę, o najstarszym wolontariuszu w parku, człowieku o najdłuższym stażu społecznego pracownika historycznego ogrodu, który od tak wielu lat pomaga w pracach ogrodnyczych w Dolnym Ogrodzie, że już chyba nikt nie pamięta ile to już lat. Pielęgnował rosliny w palmiarni i  rozsadę kwiatów na rabaty w szklarniach i w Dolnym Ogrodzie. To aż niewiarygodne, jak wiele potrafi zdziałać jeden starszy Pan. Pan Władysław Wolski.

Wolontariusze – studenci UTW, po dopełnieniu formalności zwiazanych z uzgodnieniem i podpisaniem  porozumiena dwustronego z IUNG w sprawie prac społecznych na terenie parku już drugi raz „potrząsneli robotą”  w parku. Tym razem przyszło nam wycinać, martwe (z powodu  braku wlaściwej jesiennej pielegnacji) gałęzie jałowców, rosnących w okolicach Chińskiego Domku. Gigantyczna sosna wejmutka zrzuca na rosnące u jej stóp iglaki igły w takich ilościach, że blokują one dostęp światła do płożących iglaków, a w konsekwencji  – po ustaniu fotosyntezy- do ich śmierci. Wolontariusze przygotowali te miejsce pod nowe nasadzenia, oraz przycięli duży odcinek żywopłotu z irgi. Po świętach wielkanocnycch  mam nadzieję ruszymy z nimi dalej z pracą

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.899972853356632.1073741846.545578988796022&type=1&l=f1b59f4334

Nowym wolontariuszom – życzę co najmniej tylu lat pracy dla puławskigo parku w zdrowiu i kondycji, jaką ma Pan Wolski  i ogromnej z tej pracy satysfakcji.  Oby efekty naszej wspólnej pracy stły się widoczne dla wszystkich. Amen 🙂

Trzymam kciuki za powodzenie tegorocznej akcji organizowanej przez Stowarzyszenie „Przeszlość-Przyszłości”. W ubiegłym roku organizatorom nie sprzyjała pogoda. Kolejne terminy wyznaczone na akcję społeczną w celu wyzbierania śmieci z terenu historycznego ogrodu, były odwoływane z uwagi na niesprzyjajacą aurę. Krótko mówiąc – lało jak z cebra, gdy tylko wybijała godzina zbiórki wolontariuszy. Organizatorzy dostali nagrodę za dobre chęci, ale, gdy doszło wreszcie do sprzątania śmieci były już skutecznie ukryte w bujnej wiosennej roslinności. Tym razem mam nadzieję- efekt starań wolontariuszy będzie choćby taki jak np w 2011 roku gdy harcerze zorganizowali sprzatanie. Tu relacja video z tamtej akcji: https://www.youtube.com/watch?v=7_QPJYOXUUw  W tym roku akcję zapowiedziano na 17 kwietnia (piątek) – to już za kilka dni!. Zbiórka wolontariuszy na Dziedzińcu Pałacu Czartoryskich o 11.00 Samo sprzatanie – to „zryw” społeczny zaplanoway na zaledwie 2 godziny-od 11:00 – 13:00. W nagrodę organizatorzy proponują udział w ognisku z występami muzycznymi – od 13:00 do 14:30.

Po dzisiejszym dniu zdecydowanie bardziej optymistycznie patrzę w przyszłość parku w Puławach. Historyczny Ogród zyskał nowych pracowników i jednocześnie opiekunów – brygadę wolontariuszy zwerbowanych na Uniwersytecie III Wieku. Z jednej strony, mój umiarkowany, po doświadczeniach ostatnich lat, optymizm, szepcze mi „nie mów hop”, ale po tym, czego byłam świadkiem w piątek, jestem tak nabuzowana entuzjastyczną wizją, że trudno mi o powściągliwość i sceptycyzm. Marzeniem moim, było znaleźć w Puławach grupkę ludzi podobnych do siebie, niepytających: „Za ile ?”, ale: „Co trzeba zrobić ?” I… Alleluja! Znalazłam i to ilu naraz! 🙂 W piątek, w Dolnym Ogrodzie, pracowało z niezwykłym zaangażowaniem kilka pań i dwóch panów z Uniwersytetu Trzeciego Wieku. W efekcie wykonali tego dnia, pracę, która ma ogromne znaczenie dla zdrowego i estetycznego wyglądu krzewów iglastych.
W poniższym linku, zdjęcia z tego dnia:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.831111426909442.1073741841.545578988796022&type=3

Przez kilka lat, gdy wycofano z Dolnego Ogrodu pracowników IUNG, rosnące tam iglaki marniały po każdej zimie, gdyż rosną one pod koronami ogromnych drzew. Takie nasadzenia zalecała księżna Izabela Czartoryska, w swoim poradniku „Myśli różne o sposobie zakładania ogrodów”. Zestawienie roślin liściastych z iglastymi daje efektowny, urozmaicony widok, ale stwarza poważny problem w utrzymaniu. Opadające jesienią liście z drzew, czasami nawet całkowicie przysypują krzewy iglaste, szczególnie te o niskim, poduchowatym pokroju, nie mówiąc już o tych płożących. Gdy martwych liści jest dużo i nie zostaną szybko usunięte z zimozielonych roślin, będą blokować dostęp światła do organów asymilacyjnych tych krzewów, a trzeba pamiętać, że u tego typu roślin, wegetacja trwa non-stop. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że „zagłodzimy i udusimy” roślinę w ciągu zimy. Zmoczone jesiennymi deszczami liście oblepiają gałęzie, a wiatr nie jest w stanie ich zrzucić. Gniją więc, leżąc na krzewach. Zostaną później przywalone śniegiem, lub po prostu przymarzają do gałęzi i tak stają się dla iglaków wyrokiem śmierci, gdyż takie gałęzie obumierają. Na wiosnę, jedyne co możemy zrobić, to wyciąć je sekatorem. Przez ostatnie dwa lata starałam się wraz z wolontariuszem, panem Wolskim zrzucić z iglaków tyle liści, ile we dwoje zdążymy, przed zasypaniem krzewów śniegiem. Część tej pracy dwa lata temu, po raz pierwszy wykonali też uczniowie szkoły mieszczącej się w Dolnym Ogrodzie. Ale, jak mówi przysłowie: „Z niewolnika nie masz pracownika” – często po tej ich pracy krzewy miały połamane gałęzie, lub były oczyszczone tylko „z grubsza”. Od bardzo dawna, iglaki w Dolnym Ogrodzie nie były tak starannie przygotowane do zimy. Krzewy cieszą teraz różnorodnymi odcieniami zieleni. Panie szybko wyplewiły najbardziej zaniedbane krzewy płożące, których prawie nie było widać spod chwastów. Zmiana w wyglądzie jest ogromna i cieszy oko. Chwała za to studentom- wolontariuszom!

Jest nadzieja, że nie była to jednorazowa akcja, lecz, że jest to początek trwałej współpracy. Powstała bowiem na Uniwersytecie grupa hobbystów- ogrodników, której ja będę udzielać wsparcia merytorycznego na zasadzie „wolontariat -za wolontariat”. Planujemy wspólne zajęcia teoretyczne i praktyczne z ogrodnictwa, tak aby towarzystwo nabierało wiedzy i praktyki ogrodniczej, a park zyskał zaangażowanych i lubiących ogrodnicze prace wolontariuszy. Do tej pory nie mogliśmy ruszyć z miejsca. Szkółkarze obiecywali przekazać za darmo rośliny do parku, lecz nie mogliśmy ich przyjąć, bo nie było komu ich posadzić i pielęgnować. Za to, trzeba z bólem przyznać, w nienadzorowanym parku wszelkie nowo posadzone rośliny były przez „nieznanych sprawców” wykopywane. Zarówno drobne, ozdobne rośliny cebulowe, które niegdyś dostał park w prezencie od angielskich studentów, jak i całkiem duże krzewy cisów sadzone przed laty w parku. Może jak jednorazowo posadzimy dużo roślin tego samego gatunku, to starczy dla złodziei i dla parku… A nasadzić dużo i zadbać o to, by były wyplewione i w razie potrzeby podlane, mogą tylko ludzie, których do tej pory park nie miał. Lepszych pracowników zaś, niż ochotników – w tym przypadku nie ma. Motywacja do pracy u wolontariuszy nie jest przecież wprost proporcjonalna do wielkości pensji, lecz siły charakteru, wielkoduszności, chęci współdziałania i zaangażowania. Ludźmi, których poznałam wczoraj jestem oczarowana. Zapał do pracy mieli ogromy i chyba wielką satysfakcję, a także radość z wykonanej dla naszego parku pracy. Z takimi wolontariuszami możemy naprawdę dużo! Różnica w wyglądzie Dolnego Ogrodu już po jednej ich wizycie jest ogromna, a z czasem, jeśli mnie nie opuszczą- myślę, że i w innych częściach historycznego ogrodu będzie widać efekty naszej działalności. W najbliższych tygodniach, jeśli tylko mróz nie zetnie ziemi, a kolejne spotkania z wolontariuszami dojdą do skutku, będziemy wyrywać młode samosiewy w parku. To taka praca, która nie wymaga niczego poza siłą, a jest jedynym skutecznym sposobem przeciwdziałania spontanicznemu „dziczeniu” drzewostanu. Gdy samosiewy są koszone, w efekcie sytuacja się tylko pogarsza. Bo z jednego uciętego pnia wyrosną 2-3 nowe, a młodą siewkę można bezpowrotnie wyrwać z wilgotnej gleby, bez ogromnego wysiłku. To dobra pora na taką pracę, choć najłatwiej się wyrywa, po obfitych opadach deszczu, lub po stopnieniu grubej warstwy śniegu. Zbieranie śmieci, również najlepiej przeprowadzać w okresie bezlistnym. Wbrew pozorom, nie tylko o grabienie liści jesienią chodzi.

Pomysł jest taki, by po przepracowaniu określonej liczby godzin na rzecz parku wolontariusz dostawał statut np. „Społecznego Opiekuna” Parku w Puławach. Nabywał pewnych przywilejów. (Jakich, będziemy wspólnie ustalać.) Mam nadzieję, że na bazie tych pierwszych ochotników deklarujących chęć stałej pracy na rzecz puławskiego parku, stworzymy armię ludzi opiekujących się naszym historycznym ogrodem, czujących współodpowiedzialność, za los i wygląd, tego co najcenniejsze w naszym mieście.

Organizatorzy tegorocznej akcji sprzątania parku wokół rezydencji Książąt Czartoryskich nie mieli szczęścia do pogody. W pierwszych dwóch terminach zbieranie śmieci uniemożliwiał całkowicie ulewny deszcz. Wyjątkowo mokry maj nie dawał większych szans na przeprowadzenie tego sprzątania w sensowny sposób. W efekcie akcja przesunięta została na 6-go czerwca. To zdecydowanie za późno. Mnóstwo śmieci nie zostało dostrzeżonych, przez skądinąd, imponującą liczbę, niezrażonych kolejnymi falstartami, wolontariuszy. Nie dziwię się. Pokrzywy i inne zielsko, w tym nawet niebezpieczny Barszcz Sosnowskiego, mają teraz dobrze ponad metr wysokości. Do tego, w dniu akcji było wilgotno, parno, no i na dodatek – wolontariuszy atakowało mnóstwo komarów! Tradycyjnie 😦 już, puławski Urząd Miasta, z „myślą o człowieku”, pomija tereny parku i Łachy, będącej przecież wylęgarnią tych uciążliwych owadów, w czasie akcji odkomarzania. Trudno wymagać, by w takich warunkach nurkować w agresywne zielsko, po ukryte w nim, zupełnie niewidoczne, butelki i puszki.

Wracając do terminu sprzątania. Jedyny sensowny termin na taką pracę, to po stopnieniu śniegów, a przed ruszeniem wegetacji roślin. Jak skutecznie można wtedy zebrać butelki i inne świństwa pozostawione w parku opisałam, gdy nadzorując wycinkę samosiewów w parku „mimowolnie” 🙂 „jednoosobowo” i z jednego miejsca – zebrałam chyba tyle śmieci, co chyba w czasie tej, spóźnionej w czasie, akcji. Tu mój „urobek” : https://parkwpulawach.wordpress.com/2012/03/01/usuwanie-samosiewow-z-terenu-dzikiej-promenady/ a tu, dla porównania, wynik pracy dziesiątek wolontariuszy: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=671870332849546&set=pcb.671870916182821&type=1&theater

Po prostu, tak jak z grzybami, trzeba wiedzieć gdzie zbierać (no i kiedy):-). Poza brzegami Łachy, to zaśmiecone są wszelkie ustronne miejsca, gdzie „biesiadują” z alkoholem, zwolennicy takiej rozrywki. Nad mostkiem przy Pałacu Marynki, na pniach powalonych drzew na Dzikiej Promenadzie i każdym innym pniaku, na którym można wygodnie przysiąść, nad Schodami Angielskimi, oraz za Domkiem Aleksandryjskim i na kamiennych ławeczkach przy Świątyni Sybilli. Pod murem Domku Greckiego i wzdłuż całej tamtej skarpy. Zwykle po wypiciu napoju, opakowanie jest wyrzucone „gdzieś dalej w krzaki” – przy czym zdaje się „fajne” są te miejsca, gdzie rzucić można bez wysiłku a „efektownie” czyli w tym wypadku: „z oczu”, daleko lub z hukiem. Tak więc, największy sens ma zbieranie śmieci w „promieniu rzutu” od takiej „miejscówki”.

Chwała organizatorom i jeszcze bardziej nauczycielom i dzieciakom, które w tym roku zbierały śmieci! Ale za rok, proponuję, by spotkać się wcześniej. Ostatecznym, rozsądnym terminem byłby Międzynarodowy Dzień Ziemi, który w przyszłym roku obchodzony 22 kwietnia 2015r. Jeśli zima wycofa się szybciej, warto o posprzątaniu parku pomyśleć już w marcu. Wtedy nawet bez dobrych chęci i nadzwyczajnie bystrych oczu wypatrzy się duuuużo więcej śmieci i realnie posprząta się park. Dwa lata temu, nauczyciele ze szkoły nr 10 przyprowadzili do pomocy w sprzątaniu parku swoich uczniów i właśnie w kwietniu sprzątali park -również z dobrym rezultatem: https://parkwpulawach.wordpress.com/2012/04/27/mlodziez-ze-szkoly-nr-10-w-pulawach/

Poza sprzątaniem śmieci – największą przysługą jaką można oddać parkowi, jest wyrywanie samosiewów. Z miękkiej po zimie ziemi nawet kilkuletnie dziecko z łatwością wyrwie siewkę drzewa. Dla każdego znajdzie się siewka na miarę jego sił i możliwości oraz ambicji. 🙂 A każda usunięta z korzeniem zbędna siewka, przybliża park do odzyskania właściwego wyglądu. Koszenie siewek, jest złym pomysłem, bo w przypadku wielu, żywotnych gatunków, to walka z Hydrą. Z jednego pnia, mamy 2-3, a za chwilę „małpi gaj” :-(. I do pomyślenia o zaangażowaniu szkolnej młodzieży w tego typu pracę zachęcam gorąco. To nie tylko sprzątanie po flejach, to coś daleko więcej- kształtowanie wyglądu parku. To realny wpływ na jego przyszły wygląd! Najmłodsi nie mają szans pamiętać, jak fantastycznie, przed laty, wyglądał śnieżnobiały dywan z kwiatów zawilca gajowego w naszym parku. Kilkadziesiąt lat temu, Instytut przeprowadził bardzo skuteczną akcję usuwania samosiewów i redukcję podszytu w całym parku.(Zdaje się wtedy, gdy w całym parku, łącznie z Dziką Promenadą, IUNG zainstalował latarnie.) Wiosenne rośliny runa, aby kwitnąć, potrzebują dostępu do dużej ilości na przedwiośniu. Po tamtej akcji, przez kilka lat, park w momencie kwitnienia zawilca, był iście zjawiskowy!

Jeszcze a pro po deszczowego maja.:-) bo to ciekawe i warte odnotowania. Kierownik instytuckiego zakładu agrometeorologi profesor Andrzej Doroszewski poinformował nas, że „W 143 letniej serii pomiarów meteorologicznych w Puławach nie odnotowano w maju aż tak wysokich opadów atmosferycznych. Tegoroczny rekordowy opad maja wyniósł 195,5 mm (mierzony tradycyjnie za pomocą menzurki przez obserwatora). Poprzedni maksymalny miesięczny opad atmosferyczny maja wynosił 170 mm, wystąpił on w 1897 roku.”(To nie był maksymalny opad miesięczny w Puławach. Ten rekord padł w sierpniu 2006 roku i wynosił aż 228 mm!) Profesor przy tej okazji, uświadomił nam, że „Tegoroczny opad z maja jest piątym co do wielkości opadem miesięcznym zanotowanym w Puławach od 1871 roku, większe opady zanotowano w lipcu: 197 mm w 1897 r., 199 mm w 1919 r., 222 mm w 2011 r. oraz w sierpniu 2006 roku.”

Dowiedziałam się z internetu, że na dziś zapowiedziana jest społeczna akcja sprzątania parku została przełożona ze względu na niesprzyjającą pogodę. Nowy termin akcji to 16 maja. Zbiórka wolontariuszy na dziedzińcu o godzinie 12.00.

Pogoda dziś nie sprzyja takim pracom. Od rana siąpi deszczyk. W dodatku, trudno będzie wyzbierać wszystkie śmieci z powodu przyspieszonej w tym roku wiosny. Dużo „towaru” zostanie zapewne przegapione, gdyż zieleń już całkiem bujnie okrywa ziemię.Szkoda, że od zapowiedzi akcji do realizacji musiało minąć tyle czasu. Zobaczymy jak się to wszystko uda… Na zakończenie akcji planowane jest jakiś piknik na dziedzińcu.